https://jerzykukuczka.com/en/home-page
Droga, którą nigdy dotąd nie szedłem, prowadzi przez bardziej dziki teren niż ten, który przemierza się idąc pod Lhotse czy Everest. Marsz zaczyna się od 500 metrów nad poziomem morza, wśród palm, dojrzewających pomarańcz, bananów, jest w ogóle raj. Krajobraz, w miarę posuwania się po tych„schodach”, codziennie się jednak zmienia. Na wysokości 4000 metrów zostawiamy ostatnią już łąkę, a raczej pastwisko. Na cztery dni przed Wigilią docieramy do bazy pod Kangchendzöngą, założonej już 10 grudnia. Postawiona jest na bocznej morenie lodowca, na wysokości 5200 metrów.
Moja sytuacja jest trochę kłopotliwa. Do tej pory, kiedy na wyprawie byłem ja z Andrzejem, wspinaliśmy się razem. Tutaj dotarłem do bazy nieco spóźniony, kiedy Andrzej związał się już z Przemkiem. Pojawiam się razem z Krzyśkiem, poziom naszej aklimatyzacji jest równy, więc jak gdyby naturalnie związaliśmy się. Byłoby przecież bzdurą tworzyć w tej sytuacji na siłę nowe zespoły. Może natomiast oba te zespoły połączyć. Wychodzimy więc w czwórkę: Andrzej Czok, Przemek Piasecki, Krzysztof Wielicki i ja. Współpraca układa się dobrze. Postanawiamy w tym składzie działać do końca wyprawy.

Nie spędzamy, niestety, tych świąt razem. My siedzimy w bazie wysuniętej, reszta kolegów całkiem na dole. Wynikało to z naszej zimnej kalkulacji. Bo droga z naszej bazy wysuniętej do bazy właściwej zabrałaby jeden dzień, droga powrotna drugi, co najmniej jeden dzień musielibyśmy spędzić tam, na miejscu. Zaczyna trochę wiać… Ale tego wieczora nie myślimy o wietrze, szukamy na niebie gwiazdy. Tej pierwszej. Jest! Nie kryjemy wzruszenia, zasiadamy do stołu i w tym momencie cały uroczysty nastrój pryska. Krzysiek usiadł na… torcie. Napracował się nad nim cały dzień, odstawił na stojący obok bęben i zapomniał o tym. Chcąc cokolwiek z tortu uratować musieliśmy… Tak podanego tortu nigdy jeszcze nie jedliśmy. Zeskrobywaliśmy go z Krzyśkowego tyłka.
W drodze nasza czwórka strasznie się rozciąga. Do obozu IV Przemek dociera dobre pół godziny za nami, a Andrzej jeszcze po godzinie. Widać, że jest zmęczony. To nie jest ten Andrzej, który zawsze był bardzo silnym kondycyjnie, w zasadzie najlepszym, niezawodnym „wołem” do wysokogórskiej roboty. Teraz idzie jedynie najwyższym wysiłkiem woli. I nie przestaje kaszleć. W czwórce najpierw musimy odkopać zasypany śniegiem nasz namiot. Trudno jednak jest zasnąć, bo przez dwie cienkie ścianki naszego i ich namiotu ciągle dochodzi ten Andrzejowy kaszel.
– Co w takim razie robimy jutro?
– Jestem kiepski, jutro chyba będę schodził – dolatują mnie słowa Andrzeja, po chwili jeszcze glos Przemka: – Dobra. W takim razie zejdziemy razem.
Ja i Krzysiek czuliśmy się dobrze, więc podsumowałem tę wieczorową rozmowę: – W porządku. To my spróbujemy pójść w kierunku szczytu. Mamy dziś do pokonania duży odcinek, 800 metrów różnicy poziomów. Zimą – kawał drogi. Idziemy drogą normalną, więc czasem spod śniegu przeziera jakiś kawałek liny. Nie asekurujemy się, nie idziemy związani, każdy posuwa się własnym tempem. Krzysiek mija mnie, nie jestem w stanie dotrzymać mu kroku. Mój rytm jest wolniejszy. Na szczyt wchodzi pierwszy.
8586 m n.p.m.
Summit
Wypowiedź kierownika wyprawy - Andrzeja Machnika, na temat łączności z zespołem szturmowym, podczas ataku szczytowego
5200
3600
100
Zapamiętałem ze szczytu, że miałem ze sobą radiotelefon. Baterię do niego, żeby działał sprawnie, niosłem w ciepłej kieszeni. Później przeszkadzała mi w czasie wspinania, więc wsadziłem ją do kieszeni w klapie plecaka. Wsadzałem do klapy specjalnie, by było jak najmniej roboty z jej wyciąganiem i zakładaniem do „Klimka”. Wychodzę na szczyt, pierwsza czynność – sięgam po baterię i nie widzę jej. Nie ma. Znikła. Daję w końcu za wygraną, nie przejmuję się tym zbytnio, połączenie z bazą nie jest dla mnie najważniejsze. Schodząc, doganiam Krzyśka, docieramy do obozu IV. Jest cholernie zimno, więc zanim cokolwiek zrobiłem, wlazłem do śpiwora, żeby się choć trochę rozgrzać. Dopiero potem zaczynam gotować, wreszcie biorę radiotelefon, sięgam po plecak i stwierdzam, że bateria... jest. Dokładnie tam, gdzie ją włożyłem idąc w górę. W klapie plecaka. Najważniejsze jednak w tej chwili, że mam i baterię i radiotelefon, mogę nawiązać łączność z bazą i obozem III. Kiedy słyszę ich głosy, zaczynam stereotypowo: – Byliśmy na szczycie, byliśmy na szczycie, jesteśmy już w obozie IV. Wszystko w porządku, over... W odpowiedzi słyszę gratulacje, lecz wyczuwam przy tym, że przebija z nich jakaś inna, daleka od entuzjazmu, nuta. Naprawdę ważne słowa dolatują z obozu III. – Mamy problemy z Andrzejem. Jest bardzo kiepski...
W nocy jest bardzo zimno, przerywamy sen bez żalu, by przygotować się do wyjścia, a przedtem, o ósmej, nawiązać zapowiedzianą łączność. Wywołuję trójkę i w odpowiedzi dolatują do mnie słowa najgorsze: – Andrzej w nocy umarł... Spał w jednym namiocie z Przemkiem, miał dzięki temu trochę lepsze warunki niż w sąsiednim, gdzie było ich czterech. Przemek gotował mu cały czas ciepłe herbatki, karmił go i poił. O dziewiątej wieczorem Andrzej poczuł się nieco lepiej. Przemek, trochę uspokojony, zabrał się znowu za gotowanie i koło dziesiątej, kiedy odwrócił się, żeby podać kolejną herbatkę, Andrzej nie dawał już znaku życia. Łączymy się z bazą. Odzywa się kierownik Andrzej Machnik: – Wyprawa jest zakończona, zakończona. Kończymy działalność.
Zaczynamy się naradzać. Albo znosimy ciało na dół, albo chowamy Andrzeja na miejscu, tutaj, na wysokości 7400 metrów. – Wydaje mi się – mówię – że powinniśmy Andrzejowi zrobić pogrzeb. Znieśmy go na dół. – Dobra. Tylko kto to zrobi? Teraz dopiero dotarło do nas, jak wątłymi siłami dysponujemy. Z Krzyśkiem jesteśmy po akcji szczytowej bardzo zmęczeni, Artur wczoraj pomagał w znoszeniu Andrzeja do trójki, co też kosztowało go dużo wysiłku. Wszyscy się skłaniają, żeby Andrzeja pochować tutaj, na miejscu, tu gdzie umarł, jak nakazuje najprostsza himalajska tradycja. To jest decyzja ostateczna. Stoimy tutaj, modlimy się na głos. Andrzej leży, nie potrafię ciągle pogodzić się z tym, że już nigdy nie opuści tego śpiwora i nie ruszy w górę. Przecież Andrzej Czok nie był tylko jednym z nas, był duszą całego środowiska śląskiego był Kimś.. To z nim zaczynałem chodzić po Himalajach, łączyło nas wiele nie tylko w górach, ale i w dolinach.
Zdjęcia z obozu III
Pogrzeb Andrzeja Czoka

Przygaszeni tym wszystkim schodzimy do bazy i tutaj myślimy już tylko o powrocie. Następnego dnia, po niepotrzebnej sprzeczce z kierownikiem wyprawy, idziemy z Krzyśkiem Wielickim i Arturem Hajzerem w dół. Tak dobiegła końca trzecia, kolejna wyprawa z moim udziałem, na której doszło do tragedii.

Na lotnisku w Warszawie złapał nas komentator sportowy TV, później zasypał pytaniami: „Co się stało? Dlaczego? Jak to oceniamy?” itd. Powiedzieliśmy, jak było i koniec. Na antenę poszedł program sporządzony pod kątem sensacji. Jednym się podobał, innym nie. W grę wchodziła tragedia. W takich sytuacjach, nie ma siły, każdy dziennikarz jest taki sam. Jeden potrafi tę „żądzę krwi” w sobie wytłumić, inny nie. Uważam, że pod tym względem polscy dziennikarze są jeszcze do przyjęcia. Później jadę do Istebnej, gdzie przebywa żona z dziećmi, jestem nareszcie w domu. Znajduje mnie tu jednak katowicka „Trybuna Robotnicza”, przyjeżdża dziennikarz, który ma pisać story o tej wyprawie. Opowiadam mu, robią z tego materiał na bodaj cztery odcinki w kolejnych sobotnich wydaniach. Po trzech tygodniach wraca reszta wyprawy, wśród nich Andrzej Machnik, który zaczyna w środowisku wyraźnie rozrabiać. Poszedł też do redakcji „Trybuny Robotniczej” z pretensjami, że jakim prawem rozmawiają ze mną, kiedy kierownikiem wyprawy jest on i tylko on może wypowiadać się na związane z nią tematy. A że miał akurat jakieś dojście czy poparcie, spowodował ukazanie się piątego odcinka o naszej wyprawie, w którym mnie i Krzyśkowi Wielickiemu poprzylepiał, delikatnie mówiąc, łatki. Machnąłem na to ręką, chociaż czuję, że pozostaje mi po tej wyprawie wyraźny niesmak.

Spoczywa na mnie jeszcze jeden obowiązek, którego nie zdejmie ze mnie nikt. Bardzo trudne spotkanie. Muszę pójść do żony Andrzeja. Do wdowy po nim. Wie o wszystkim. Minęło już sporo dni od chwili, kiedy przekazywałem tę tragiczną wiadomość telefonicznie do Katmandu, Bilczewskiemu. Od tej pory wielokrotnie powtórzyło ją radio, telewizja, gazety. Ale nie zmienia to w niczym faktu, że ja tam muszę pójść. I że tej rozmowy z najbliższymi Andrzeja po prostu się boję. Cały czas myślę, jak powiedzieć, jak opowiedzieć, a przecież znam tych ludzi znakomicie. Czuję się w czasie podobnych wizyt trochę winny. Że to ja z nimi rozmawiam, podczas gdy... I widzę w ich oczach niewypowiedziane pytanie, jakby zdumienie, że ja żyję, a zginął akurat on. Czekała na mnie żona Andrzeja, młodziutka córka, matka i brat. Jeden, bo wcześniej drugi brat Andrzeja zginął także. W górach.

Community

© 2019 The Great Man Foundation

Realizacja Ad360