https://jerzykukuczka.com/en/home-page
7925
7800
7200
6000
6400
4400
Film dokumentujący warunki w bazie wyprawy.
Film dokumentujący sprzeczkę z naikiem (pomocnikiem sirdara).
5000
1400
245

Jeszcze przed K2 poczyniłem pewne kroki w kierunku przygotowań wyprawy na Manaslu i Annapurnę. Tuż przed wyjazdem z ekspedycją Herrligkoffera zaproponowałem Arturowi udział w wyprawie. Od dłuższego czasu przyglądałem się jego poczynaniom w górach i w pracach organizacyjnych klubu. Miał taki sam jak ja rodowód górski, zaczynał od najmłodszych lat w Harcerskim Klubie Taternickim. Byłem z nim na Kangchenjundze i Południowej Lhotse, wiedziałem, że chłopak jest do rzeczy, ambitny, pracowity i bardzo dobry organizacyjnie Dlatego jemu zaproponowałem udział w tej wyprawie, jednak pod warunkiem, że musi ją w czasie mojej nieobecności ciągnąć organizacyjnie razem z Ryśkiem Wareckim, który miał nam towarzyszyć jako filmowiec. Wyprawę firmował nasz klub katowicki. Wszystko było nagrane łącznie z pieniędzmi, w tym pięcioma tysiącami dolarów załatwionymi telefonicznie przez samego premiera w GKKFiS-ie.

W Katmandu czeka na nas Wojtek Kurtyka. Kiedy ja szedłem na K2, on szedł z Japończykami na Trango Tower. Spotkaliśmy się w drodze na lodowiec Baltoro. Powiedział wtedy:
– Właściwie nie bardzo wiem, co robić jesienią, chętnie bym się jeszcze wybrał w Himalaje.
– Jedź ze mną. Mamy zezwolenie na Manaslu i Annapurnę – odpowiedziałem, z czego wyraźnie się ucieszył. Zaraz podchwycił temat:
– W takim razie będę czekał na was w Katmandu.
I już jest na miejscu. Czeka też tutaj zaproszony do naszej wyprawy Carlos z Elsą, para Meksykanów znana mi z Nangi, Austriak Edek Westerlund, który nam bardzo pomógł, bo nawiązał sporo kontaktów z różnymi firmami, w wyniku czego dostaliśmy pierwszą, znaczącą pomoc sprzętową z Zachodu. Mamy po raz pierwszy sprzęt wysokiej klasy. Taki, którego zawsze zazdrościłem innym alpinistom dysponującym twardą walutą. Jesteśmy z niego bardzo dumni. Zwłaszcza Artur, który jest wśród nas najmłodszy, mniej otrzaskany. Sam fakt, że jedzie z nami na taką wyprawę, z takim sprzętem, musi być dla niego dużym przeżyciem. Mamy dwa zezwolenia, na Manaslu i Annapurnę.

Naik (pomocnik sirdara) zbaraniał, widząc na małym ekraniku kontrolnym dokładnie zarejestrowane ich szwindle. Jego reakcja była jednak dla nas szokująca. Zażądał od nas premii za doprowadzenie tragarzy do bazy. Na naszą spokojną, ale stanowczą odmowę naik zaczyna się pienić, wręcz szaleć, odgrażać, że złoży skargę w Ministerstwie Turystyki. W pewnym momencie próbuje nawet łapać za nóż.
– Dobrze. Idź. My mamy wszystko to sfilmowane, zobaczymy komu z nas w ministerstwie uwierzą.
Tego nie wytrzymał z kolei sam sirdar, który do tej pory do niczego się nie mieszał. Teraz jednak załamał się, rozpłakał, prosząc, żeby nie robić z tego wszystkiego użytku.
– To on. On mnie namówił – wskazał na swego pomocnika...
– Dobrze, dobrze. Zwolnij natychmiast naika, rozlicz się z pieniędzy, a przede wszystkim doprowadź karawanę do bazy i zapominamy o wszystkim.
Cośmy jednak przy tym wszystkim nerwów zniszczyli, to nasze. Czasem tylko, w kulminacyjnych momentach tych kłótni, sięgałem wspomnieniami do nie tak odległych czasów, kiedy szedłem z karawaną Karla Herrligkoffera, który tak uparcie powtarzał, żeby się z nikim nie targować, płacić, ile żądają. Bo luz psychiczny też ma swoją cenę. Po co zawracać sobie głowę drobnymi sprawami czy pieniędzmi w obliczu pięknych gór. Niestety, tak kalkulować mogą tylko ludzie, których na to stać.

Film dokumentujący etapy przygotowania wyprawy.
Film dokumentujący etapy przygotowania wyprawy.

Pojechałem na wyprawę, chłopcy wiedzieli gdzie i do kogo iść, co kupić, co rozkręcać. Wracam 18 lipca, kiedy wszystko powinno już być zapakowane i gotowe, bo lada tydzień powinniśmy wyjeżdżać na Manaslu. Są reporterzy, ciągną mnie do telewizji, ale wśród oczekujących mnie na lotnisku ludzi jest i Artur Hajzer, który ma bardzo niewyraźną minę.
– Mam złą wiadomość. Nie ma pieniędzy...
Wszystko do wyprawy jest w zasadzie przygotowane, brakuje tylko złotówek, które premier obiecał wyjednać u Ministra Górnictwa. I teraz, od pierwszych chwil w kraju, zaczyna się gonitwa. Jakoś to wszystko w końcu pokonaliśmy. Wydeptaliśmy bardzo dużą zniżkę na przewóz naszych bagaży drogą lotniczą i 50 procent ulgi na nasze bilety, w czym wydatnie pomogła pieczątka Gabinetu Premiera na piśmie skierowanym w tej sprawie do LOT-u. Pozwoliło to na zmieszczenie się w budżecie, jakim dysponowaliśmy. Naprawdę jednak uratowała nas pożyczka z Polskiego Związku Alpinizmu, niebagatelna, bo wynosząca milion osiemset tysięcy.

Manaslu uważałem za górę trochę łatwiejszą technicznie, więc ją wybrałam na pierwszy ogień. Prowadzi do niej długa, ale piękna droga dziką doliną rzeki z wieloma wodospadami i nikłymi ścieżynkami w pierwotnym buszu. Wrażeń z tej 11-dniowej wędrówki nie były w stanie zatruć ani obfite deszcze pory monsunowej, ani pijawki atakujące nas z każdego krzaczka, ani tradycyjne już przygody z tragarzami i z sirdarem, a właściwie jego pomocnikiem. Próbował nas orżnąć, ale nie daliśmy się dzięki... technice wideo i znajomości liczebników w języku nepalskim. Mieliśmy ze sobą kamerę i kręciliśmy film. Utrwaliliśmy na taśmie również moment wypłaty tragarzom. Był to czarno na białym dowód, że pomocnik sirdara wypłacał tragarzom znacznie mniej, niż ujął w rachunku, który nam przedłożył. W ostatnim dniu karawany też bardzo uważnie obserwowaliśmy wszystko, co robił. Kamerą!
Kiedy przyszedł rozliczyć się, pierwsze słowo należało do nas:
– Policz dokładnie tragarzy, pomnóż przez 40 rupii... Nie pozwolił nam skończyć zdania.
– Przed chwilą skończyłem im płacić po 45 rupii.
– Pewny tego jesteś? Przecież widzieliśmy, że płacisz po 40.
– Nie. Od początku każdemu po 45...
– Słuchaj i patrz. Mamy to zarejestrowane kamerą wideo, więc po co te szopki.

Przebłyski pogody trwają dzień, maksimum trzy dni. Czterokrotnie podrywamy się wtedy do wyjścia z założeniem, że kierujemy się w stronę szczytu. Za drugim razem dochodzimy do 6400 metrów i tu zakładamy obóz II. Pokonujemy właściwie całą długą grań wschodnią, która w tym miejscu wrasta w ścianę kulminującą wschodnim wierzchołkiem. Mamy przygotowaną drogę, miejscami zaporęczowaną, gdzieniegdzie zostawiamy liny. Schodzimy, w drodze powrotnej zakładamy obóz I i od tej chwili patrzymy tylko w niebo, w oczekiwaniu na pogodę, która pozwoli wyrwać się do ataku na szczyt. Któregoś poranka, kiedy zmęczeni wyczekiwaniem zasiadamy do kolejnego śniadania, słyszymy przez radio:
– Wczoraj, wybitny alpinista Reinhold Messner wszedł na szczyt Lhotse. Jest tym samym pierwszym człowiekiem, który wszedł na 14 ośmiotysięcznych najwyższych gór świata…
On jest tym pierwszym. W tej chwili odkrywam w sobie odcień pewnej ulgi. Wreszcie ta cała wrzawa wokół naszego wyścigu się skończyła. Teraz spokojnie mogę dążyć do własnego celu. Brakuje mi jeszcze Manaslu, Annapurny i Shisha Pangmy.
– Jeżeli zejdziemy teraz do bazy – tłumaczę – to chociażby ze względów żywnościowych nie będzie nas już stać na powtórny atak. O ile wycofamy się teraz, to jest „po ptokach”, po wyprawie... Niech może więc każdy się wypowie: w górę czy w dół?
– Idę w dół – to nie ma sensu – stwierdza ponownie Wojtek.
– Ja tu jestem najmłodszy. Dostosuję się, ale wolałbym iść w górę – wyznaje Artur.
Nadszedł moment, w którym wszystko zależy od tego, co powie Carlos. Ani przez chwilę nie przypuszczaliśmy, że rozładuje sytuację.
– Ponieważ – zaczął niezwykle poważnym tonem – Meksyk jest w coraz gorszej sytuacji ekonomicznej i mam prawo sądzić, że w związku z tym jest to moja ostatnia wyprawa w Himalaje, dlatego idę do przodu i zrobię wszystko, żeby wejść na ten szczyt.
Wybuchnęliśmy śmiechem, słysząc nagle argumenty, na które nikt z nas nie był przygotowany. W duchu jednak byłem mu wdzięczny. Za to, że mimo woli rozładował towarzyszące temu głosowaniu napięcie, ale i za to, że jego właśnie głos przeważył te rozważania na „tak”. Schodzimy do bazy. Gromadząc siły na ostatni atak, skazani jesteśmy na typowo nepalski jadłospis: ryż-ziemniaki, ziemniaki-ryż i do tego wydzielane niczym skarb po pół konserwy mięsnej na pięć osób, żeby zrobić z tego jakiś sos. Wojtek nie wytrzymuje monotonii tej wyprawy, ciągłego przeczekiwania najpierw deszczu, później śniegu, tych coraz bardziej desperackich prób brnięcia w masach śniegu pod górę. Decyduje się na wcześniejszy odjazd.

Baza pod Manaslu jest dosyć nisko. Do lodowca i śniegu trzeba podchodzić około dwóch godzin, ale tu jest ostatnie miejsce na tyle płaskie, że można na nim rozbić namioty. Po dwóch dniach ruszamy w górę na rekonesans. Naszym celem jest pierwsze wejście wschodnią granią Manaslu, która kulminuje piękną turnicą na 7925 metrach, jest tylko o 170 metrów niższa od szczytu głównego i do tej pory nikt na niej nie postawił stopy. Jednym słowem: smaczny kąsek. Zaczynamy rekonesans, szukamy bezpiecznego wejścia na grań. W zasadzie cały czas trwa jeszcze monsun. W bazie pada deszcz, mżawka, jesteśmy jednak dobrej myśli, że wszystko to powoli skończy się wraz z monsunem i powinna się zacząć pogoda. A tu mija tydzień i nic. Ciągle leje. Są tylko przebłyski pogody, które wykorzystujemy, żeby dostać się na grań, znaleźć do niej dojście. Zakładamy liny poręczowe i schodzimy. Wyłania się jednak kłopot. Rysiek Warecki od paru dni kiepsko się czuje. Wprawdzie zażywa jakieś tabletki na przeziębienie, ale nie pomagają. Jest coraz słabszy. Ponieważ Edek Westerlund wraz z żoną Renatą kończą już swój pobyt, bo przyjechali tu tylko na okres swojego urlopu, postanawiają więc schodzić razem. A Rysiek czuje się coraz gorzej. Dla niego wyprawa jest już skończona. Zostało nas tylko pięcioro.

Kiedy jeszcze na początku wyprawy dochodziliśmy do wyprowadzającego na grań żlebu, czułem, że zalega go ogromna masa świeżego śniegu, która grozi w każdej chwili wyjechaniem spod stóp. Zawyrokowałem na ten widok z trudnym do uzasadnienia optymizmem:
– Tylko patrzeć, jak się poprawi pogoda i ta masa śniegu zejdzie w dół. Pójdziemy środkiem tego żlebu jak autostradą.
Okazało się, że właśnie w tym wyraźnie niebezpiecznym dniu warunki były w czasie całej wyprawy... najlepsze. Później śniegu już tylko przybywało, wspinaliśmy się z duszą na ramieniu, bo przecież kiedyś te pęczniejące białe masy musiały runąć w dół. Z każdym kolejnym wejściem warunki stawały się gorsze. Zagrożenie lawinowe rosło do tego stopnia, że czuło się wręcz koniuszkami własnych nerwów, że wszystko wisi na włosku... Przemykaliśmy odcinki od haka do haka, od załomu do załomu, żeby tylko nie znaleźć się w odkrytym terenie. Najbezpieczniej było posuwać się w górę samą granią, jednak trzymanie się przez cały czas jej krawędzi jest praktycznie niemożliwe. Czasem trzeba przecież z niej trochę zejść, później znowu wrócić, sama grań wreszcie kończy się polem lodowym, na którym rośnie i czyha ta coraz groźniejsza warstwa śniegu

Przy trzecim wejściu, pływając w masach białego puchu, w czwórkę z Carlosem, Wojtkiem i Arturem idziemy terenem rzeczywiście niebezpiecznym. Pogoda jest nawet dobra, ale Wojtek w pewnym momencie staje i mówi:
– Stop, panowie! Pieprzę to wszystko. Dalej nie idę. Tu jest zbyt niebezpiecznie. Kończę tę zabawę i wracam.
– Wojtek... od początku zdecydowaliśmy się na ryzyko, wiedzieliśmy, że tak będzie. Zostało nam do pokonania 200 metrów tego parszywego pola śnieżnego, dalej znowu wychodzimy na bezpieczną grań! Przecież musimy to w końcu jakoś przełamać...
Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nakłaniam do bardzo niebezpiecznej walki. Trzeba podjąć decyzję wspólnie. Czas przeznaczony na wyprawę dobiega końca, żywności wzięliśmy tylko na miesiąc, już ją skrupulatnie wydzielamy. Jest więc się nad czym zastanawiać.

Jerzy Kukuczka o wspinaczce w głębokim śniegu.
Film pokazujący przebieg karawany do bazy.
Podejmujemy naszą ostatnią szansę. Idziemy we dwójkę z Arturem, bo Carlos, jak się okazało, jest lekko odmrożony, puchną mu palce u rąk. Zostaje na dole. Z Arturem dochodzimy dosyć szybko do namiotu pozostawionego miesiąc wcześniej na wysokości 6400 metrów. Odkopujemy go, bo wystawało z niego nad śnieg tylko kilka centymetrów. Ma złamany maszt, ale na szczęście przynieśliśmy nowe, więc możemy je wymienić. Idzie nam dobrze. Już trzeciego dnia wygrzebujemy się z tego śnieżnego piekła i wspinamy się ścianą Wierzchołka Wschodniego. Jest pogoda! Świeci słońce, nie sypie, jednak wieje silny wiatr. Wieje prosto w twarz, wiruje. Dochodzimy do 7200 metrów, szukamy miejsca na biwak, o które ciężko, bo jest stromo. Udaje nam się znaleźć miejsce tylko na pół namiotu, wkopujemy się w tę połówkę i jakoś przemęczamy noc. Następnego dnia zaczynamy trudną skalno-śnieżną wspinaczkę. Po tej niełatwej nocy zdecydowaliśmy się iść na lekko.
Pierwszy biwak rozbijamy nisko. Do drugiego dochodzimy w nocy, łączymy się tu jakby z naszą dawną, starą drogą. Trzeci biwak zakładamy w miejscu, gdzie wisieliśmy z Arturem w namiocie, pod który udało nam się wybić w lodzie tylko pół platformy. Idziemy ciągle nową drogą. Z pełną asekuracją, po bardzo trudnej wspinaczce, pokonuję 80 metrów ściany. Trwa to kilka godzin. Później asekuruję ich obu, gdy wychodzą po linie. Robię kolejny wyciąg i staję na przełęczy. Od dziewiczego Wschodniego Wierzchołka dzieli mnie najwyżej 50 metrów! Może da się wejść? Idę, idę, kiedy jestem w połowie, widzę, że chłopcy doszli do końca liny i ruszają za mną. Pół godziny później zgodnie depczemy najwyższy punkt dziewiczego szczytu. Na przełęczy, po długiej szamotaninie, rozbijamy namiot, który daje szansę przetrwania, przeczekania aż się rozjaśni.
Film dokumentujący etapy przygotowania wyprawy.
Film dokumentujący wspinaczkę na Manaslu.

Jest tak trudno, że wspinaczka idzie nam bardzo wolno. Asekurujemy się na sztywno, idąc odcinkami osiemdziesięcio metrowymi, bo taką mamy linę. Kiedy podchodzimy jeszcze kawałek wyżej, jest druga po południu, a do szczytu jeszcze bardzo daleko. Nie ma szans. Nie zdążymy przed nocą na wierzchołek. Tymczasem nad szczytem wiruje ogromny pióropusz zwiastujący białe piekło. Decydujemy się na powrót do namiotu. Robimy to ze świadomością przegranej. Likwidujemy namioty i schodzimy do bazy. Tak niewiele brakowało do szczytu – wracam do bazy z opuszczoną głową. Patrzę w niebo, patrzę na górę, która nas pokonała, i jak zdarta płyta, powtarzająca ciągle tę samą frazę, mówię:
– Może jednak spróbujemy jeszcze raz? - podejmujemy ostatnią próbę.

Doczekujemy rana. Trzeba wystawić nos poza namiot. Wychylam się i widzę... szczyt sterczący dosłownie w zasięgu ręki. Rozświetlony słońcem, wspaniały, bliski. To tylko tutaj, na przełęczy, grzmi wicher. Szarpię jeszcze skulonego ciągle w kącie Carlosa, ale potrząsa tylko głową i mówi:
– Ja już nie wyjdę. Zaczekam na was...
– Dobra. Spakuj w tym czasie wszystko co się da, żebyśmy mogli wracać razem szybko w dół. Przytakuje głową. Ujmuje bezradnością człowieka, który wie, że dał już z siebie wszystko. Zaczynamy powoli noga za nogą po zmrożonym śniegu. Cały czas w cieniu, który odczuwanie mrozu jeszcze potęguje psychicznie. Ale każdy krok zbliża nas do granicy tej sinej z ciemnego mrozu strefy. Dochodzimy do słońca! Wszystko nagle się zmienia. Jakby pojawiły się nowe siły, z których nie zdawaliśmy sobie jeszcze przed chwilą sprawy. Odzyskujemy wiarę, przeżywamy głęboki skok psychiczny, wszystko staje się możliwe.

8611 m.a.s.l
Summit
245
3400
Czekan w górach wysokich jest narzędziem niezbędnym.
7000
Upływa niewiele minut i jesteśmy z powrotem przy namiocie. Stoi tak, jak go zostawiliśmy. Wyciągamy śpiącego Carlosa, pakujemy śpiwory, sprzęt, namiot i zaczynamy zejście. Wracamy już drogą normalną. Do Carlosa nie mamy pretensji, że nie zlikwidował, jak prosiliśmy, biwaku. Z Carlosem jest źle. Jest otępiały, trzeba go do każdego kroku zmuszać. Teraz, chociaż idziemy bardzo wolno, wyraźnie odstaje. I teraz dopiero widzę, jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Idziemy przecież w dół, a jednak co 20 metrów musimy siadać, bo brakuje sił. Dopiero gdy się człowiek wydyszy, gdy wszystko się w nim uspokoi, może unieść się i iść następne 20 kroków. Najważniejsze, że jesteśmy niżej, że w wygłodniałych płucach jest chociaż trochę więcej tlenu. Rozbijamy namiot, nocleg. Rano zbieramy biednego Carlosa, dostaje tabletkę, idziemy dalej w dół. Tutaj z Carlosem zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem, przeżywałem to na własnej skórze przy zejściu z Mount McKinley na Alasce. Ronikol działa na naczynia krwionośne rozszerzająco. Na wszystkie, te w mózgu też.
Końcówka akcji. Ostatni dzień staje się koszmarem. Kiedy widzę kres tej mordęgi, gdy pojawia się ulga, bo lodowiec się kończy, stajemy jak wryci. Szczelina. Jeżeli skok się nie uda, grozi upadek w kilkudziesięciometrową czeluść. Artur będzie skakał z asekuracją, jeżeli wpadnie, powinniśmy go utrzymać. Artur reguluje oddech, nabiera tyle powietrza, ile tylko może i rusza. Kiedy już dobiega do „belki”, staje w miejscu. Zawraca. Przymierza się jeszcze raz. To samo. Jeszcze raz... Nie potrafi zdecydować się na rzucenie szczupakiem na tę lodową wargę. Siada w śniegu zrezygnowany. Próbuję ja. Ilekroć jednak dobiegam do punktu, w którym powinienem się odbić, dociera do mojej świadomości, że ten skok właściwie nie ma szans. Decyduję się jeszcze raz. Tym razem ja zdejmuję z siebie wszystko, co może przeszkadzać. Biorę do ręki czekan. Za pierwszym razem oblatuje mnie w ostatniej chwili strach. Za drugim też. Za trzecim jest mi już właściwie wszystko jedno. Lecę… Jeszcze w powietrzu sięgam jak najdalej przed siebie czekanem, walę się na brzuch, czuję pod sobą zbawczy opór. Podciągam się na wbitym z całej siły czekanie, robię ruch jak przy czołganiu… Uff ... Jestem po drugiej stronie. Udało się. Teraz ciągnę za sobą linę. Artur widząc, że jest to możliwe, skacze też. Nawet Carlos, chociaż z najwyższym wysiłkiem, też osiąga cel.
Po kilkunastu dniach spotykamy się z Arturem w Katowicach. Ma swój pierwszy ośmiotysięcznik i to zrobiony nową drogą. Był już trzy razy w Himalajach, ale dopiero teraz stanął na szczycie naprawdę wielkiej góry. Patrzę na tego ambitnego i młodego – jak na himalaistę – człowieka, widzę w nim cechy, które uzupełniają się z moimi brakami. Zastanawiam się przez moment nad jednym: jak pogodzić to, co chcę mu zaproponować, z jego przeciągającymi się studiami na Uniwersytecie Śląskim. Niedługo jednak nad tym myślałem. Mówię wprost:
– Artur! Zostaw te swoje studia, będziesz miał jeszcze dosyć czasu na ich skończenie. Jedź ze mną na Annapurnę...
– Dobra – odpowiedział bez namysłu.
Carlos zaczyna nagle iść zygzakiem, trzeba go podtrzymywać, zaczyna mówić od rzeczy. Odkrywam, że ma cholernie ciężki plecak. Postanawiamy podzielić się jego ładunkiem, żeby mu ulżyć. Wygrzebujemy z jego plecaka niemal wszystkie rzeczy, ale jest ciągle ciężki.
– Carlos, co ty jeszcze w nim taszczysz?
Carlos nie odpowiada. Grzebiemy więc w jego plecaku dalej i już na samym dnie odkrywamy kilka potężnych kamoli, które zabrał z Wierzchołka Wschodniego na pamiątkę... My też bierzemy często kamyk, zwykły kamyk, który urasta do rangi najcenniejszego trofeum. Ale takie kamole? Jestem tak rozsierdzony trwonieniem resztek sił na znoszenie tego, że biorę te skały, robię zamach, chcę je wyrzucić jak najdalej. Jednak w tym momencie Carlos nagle odzyskuje przytomność. Wrzeszczy rozpaczliwie:
– Stop! Nie! Ja je muszę znieść na dół. W moim uniwersytecie w Meksyku czekają na nie. Nie mogę się bez nich pokazać... – Ponieśliśmy je dalej.

O dojściu do bazy w tym samym dniu nie ma, oczywiście, mowy. Biwakujemy, ale w miejscu, które jest już poza strefą trudów i stresów. Jest 11 listopada. Na drugi dzień dochodzimy do bazy. Dopiero tutaj, po raz pierwszy, Carlos zdejmuje przy nas buty. Widzę to, o czym nie wspomniał do tej pory ani słowem. Jego odmrożone ręce są niczym w porównaniu ze stanem jego nóg. Są jak banie – całe sine. Natychmiast wysyłam gońca po helikopter, ale śmigłowiec do naszego miejsca nie może dotrzeć. Musimy sprowadzić Carlosa o dobre tysiąc metrów niżej. Niesie go trzech tragarzy, schodzę z nim. Artur zostaje w bazie, pakuje cały majdan, na drugi dzień i do niego mają dotrzeć tragarze, by znieść wszystko na dół.

Wywiad z Jerzym Kukuczką, Arturem Hajzerem i Ryszardem Wareckim po powrocie z wyprawy.
Wywiad z Jerzym Kukuczką, Arturem Hajzerem i Ryszardem Wareckim po powrocie z wyprawy.

Community

fb.png fb.png yt.png in.png vimeo

© 2019 The Great Man Foundation

Realizacja Ad360