https://jerzykukuczka.com/en/home-page
Dhaulagiri '85
Dhaulagiri '85
8167 Metrów śniegu i mgły
Jerzy Kukuczka w programie "100 pytań do..."
300
610
827
4800
7000

Zadzwoniłem do dobrze mi znanych drzwi i pomyślałem w tym momencie, że wszystko właściwie jest tak, jak kilka lat temu, kiedy szedłem się tutaj oświadczać. Butelka dla teścia, kwiaty dla teściowej, czekoladki dla szwagierki. Przyjęli mnie serdecznie. Jak wtedy.

– Co tam u Celiny? – zapytali.

– Jest w szpitalu. Lekarz mówi, że wszystko w porządku. Lada dzień będzie rodzić.

I tak się zaczęła rozmowa, podobna do tylu innych, prowadzonych w domach, gdzie wkrótce ma się pojawić potomek. Moja sprawa była jednak bardziej skomplikowana.

– W związku z tym wszystkim – zacząłem – mam do was, kochani, prośbę. Wkrótce mam możliwość wyjazdu. Myślę konkretnie o tym, żebyście mnie w rozmowie z Celiną poparli.

Nie będę mógł pomóc żonie w najtrudniejszych pierwszych tygodniach macierzyństwa, nie będzie mnie po raz pierwszy w domu w czasie Świąt Bożego Narodzenia, które zawsze są tak bardzo rodzinne, nasze. Do tej pory starałem się przestrzegać pewnej reguły: jedna wyprawa na rok. Ale wszystko zależy od nich, od tego, co powiedzą:

– Jeżeli to jest dla ciebie rzeczywiście takie ważne, to jedź. Pogadamy z Celiną... – powiedzieli.

Od tej pory, ilekroć słyszę płytkie dowcipy o teściowych, krzywię się z niesmakiem.

26 października, urodził się drugi syn, Wojtek – promiennie radosny od pierwszych chwil swojego życia. Gdy rzucam się w wir wszystkich spraw organizacyjnych, powoli wygasa we mnie poczucie winy, dezercji od ojcowskich powinności. Ale innego wyjścia nie mam. Trudno.

Dochodzimy jakoś do lodowca, na którym powinna gdzieś być baza pod Dhaulagiri, a w niej moi kumple. Tylko że lodowiec ma szerokość trzech, a może nawet i czterech kilometrów, wypatrzenie wśród nich namiotów okazuje się niezwykle trudne. Po pewnym czasie znajduję puszkę po konserwach. Polskich! Ten widok zamiast ucieszyć – wzbudza niepokój. Jeżeli puszki są, a bazy nie ma, oznacza to, że mogli już skończyć walkę z górą. Kręcę się coraz bardziej bezradnie po tym lodowym pustkowiu. Akurat wtedy widzę wyłaniające się w oddali zza załomu dwie sylwetki. Rozpoznaję z daleka, że to Janusz Skorek i Andrzej Czok. Nie wiem, skąd we mnie ta ochota do żartów i to właśnie w chwilę po nastroju, w którym przeważało przygnębienie ale... nie krzyczę, nie wymachuję wesoło ręką, nie skaczę z radości, tylko siadam w śniegu i czekam. Dopiero, gdy zbliżyli się do mnie na dwa metry, podrywam się z okrzykiem:

– Pasowa kontrola! Przepustku maté?

Ta nagła, niespotykana w himalajskiej scenerii, sytuacja przedrzeźniania stróżów zza bratniej granicy w Tatrach powoduje, że stają w miejscu jak wryci. Są zaskoczeni, niemal w szoku.

Baza znajdowała się zaledwie o... 20 metrów dalej. Mogłem jej jednak nigdy nie odnaleźć, bo jest jakby wciśnięta pod wielki, 20-metrowy kamień.

Pokhara, po stolicy, jest drugim co do wielkości miastem Nepalu. Tutaj przyszło mi spędzić Wigilię. Kupuję trochę południowych owoców, otwieram puszkę sardynek, gotuję barszcz z torebki zamiast tradycyjnej w moim domu zupy z suszonych śliwek.

Przywiozłem ze sobą opłatek, którym nie mam się z kim podzielić. Mam też Stary i Nowy Testament. Kiedy zapalam świeczkę, robi mi się przykro. Moja pierwsza, od niepamiętnych czasów, Wigilia spędzona poza domem. Piję łyk miejscowej gorzałki, która nie jest w stanie przezwyciężyć smutku. Co tu ukrywać, jestem bardzo bliski płaczu.

Następnego dnia był sylwester, którego przeznaczyłem na odpoczynek. Tutaj, o tej porze roku, w nocy jest zimno, więc „bal” trwał tylko dwie godziny, które upłynęły pod znakiem wspomnień. Ja też się trochę rozkleiłem, wspominając swoje sylwestry w Istebnej, gdzie tradycyjnie witałem każdy Nowy Rok. Robiliśmy kuligi, wypuszczaliśmy w niebo rakiety, Nowy Rok witaliśmy o północy zawsze na zewnątrz chaty.

Drugiego stycznia wyruszamy w górę. Idę z Andrzejem Czokiem i Januszem Skorkiem. Boję się trochę o moją aklimatyzację. Na razie jednak czuję się dobrze, nie odstaję od nich. Do obozu drugiego, trudnego do odnalezienia, bo zasypanego dokładnie śniegiem, dochodzimy około północy.

Jerzy Kukuczka o warunkach pogodowych podczas wyprawy na Dhaulagiri.

Wreszcie zakładamy obóz III, schodzimy i od tej pory rozwija się już akcja na serio. Jestem cały czas w szpicy, zakładamy obóz IV na wysokości 7000 m. Mamy świadomość, że jest to trochę nisko, ale początkowo jesteśmy dobrej myśli i chcemy z tej wysokości atakować szczyt.

Kolej na nas. Wychodzę z dwójki z Andrzejem i Mirkiem Kurasiem. W tym czasie obóz trzeci zostaje kompletnie zasypany. Nie ma go. Dochodzimy do obozu IV, który jest, jak na razie, najwyższy. Rano ubieramy się, czeka nas dzisiaj niełatwe zadanie – chcemy przecież ten namiot przenieść wyżej. W momencie, gdy jestem już właściwie gotowy, mam wyczołgiwać się z namiotu, czuję, że coś mnie nieustępliwie odpycha od jego ścianki. Zaczyna nas przytłaczać jakiś niewidzialny ciężar.

Pod koniec dnia dochodzimy na wysokość 7700 metrów, gdzie na małej grańce rozbijamy nasz pokiereszowany namiot, w którym przygotowujemy się do czekającej nas w następnym dniu wspinaczki. Jednak kłopoty bynajmniej się nie skończyły. Andrzej dopiero teraz przyznaje, że z jego nogami dzieje się coś złego. W ochraniaczach, gdy zaskoczyła go lawina, zepsuł się zamek, więc skazany był na zasznurowanie ich, co nie zabezpieczało w pełni już stóp. Nie mówi nic, odwraca się do mnie plecami i stara się jakoś te zgrubiałe stopy ocieplić. Masuje je wytrwale, po chwili pomrukuje z wyczuwalnym zadowoleniem, bo zaczyna stopniowo odzyskiwać czucie.

8167 m.n.p.m
Szczyt

I tak o godzinie trzeciej jesteśmy już w punkcie na pewno najwyższym, gdzie znajdujemy kawałek bambusowego patyka, który niewątpliwie odgrywa tu rolę masztu flagowego. Jesteśmy na szczycie.

7000
4800

Zimą słońce zachodzi wcześnie, dzień jest krótki, ani się obejrzałem, gdy uzmysłowiłem sobie, że stoimy gdzieś na polu śnieżnym, z wszystkich stron otaczają nas ciemności i absolutnie nie wiemy, w którą stronę iść. Mówię w pewnym momencie:

– Andrzej, nie damy rady. Zaczynamy błądzić, a to się może tylko źle skończyć. Siadamy. Trudno, biwak. próbujemy się jakoś wbić w śnieg, który jest tak sypki, że co się wkopiemy, to się nam urywa. Przemęczyliśmy przy tym godzinę. Jest cholernie zimno. Siadamy na plecakach, przytulamy się do siebie i tak, dygocąc, tkwimy na chyba 40-stopniowym mrozie. Jeść, oczywiście, nie ma co, o piciu nie ma mowy. Liczy się tylko jedno: byle do świtu, byle jakoś to przetrzymać, byle przeżyć. Wreszcie jednak wstaje blady świt i zaczynamy schodzić. Już w i d z i m y, gdzie jesteśmy. Po półgodzinie dochodzimy do namiotu i dopiero stąd nawiązujemy łączność z bazą, w której chłopcy bardzo się niepokoją, bo całą noc nie mieli od nas żadnego znaku życia. Adam Bilczewski przyznał mi się później, że tej nocy, z nerwów, po 17 latach znowu zaczął palić papierosy.

Jest fajnie tylko do momentu, gdy pada pytanie o nogi Andrzeja. Odpowiada spokojnie, jakby chodziło o kogoś zupełnie innego:

– Z nogami źle. Nie mam w nich czucia…

Lekarz ogląda nogi Andrzeja. Stwierdza odmrożenie trzeciego stopnia prawie wszystkich palców u nóg. Ratunek możliwy jest tylko na dole, trzeba tam dostać się jak najszybciej.

Nagranie z hotelu w Pokharze po  powrocie  z wyprawy
Nagranie z hotelu w Pokharze po powrocie z wyprawy

Na chwilę siadam, Andrzej idzie dalej i znika mi z oczu. W tej zadymce mieliśmy kontakt wzrokowy na dziesięć, najwyżej piętnaście metrów. Myślę, a raczej się pocieszam, że zrobił pewnie ten trawers i teraz już siedzi sobie jak król w namiocie. Wracam na grań i robi się już ciemno. Krzyczę, ale Andrzeja nie ma. Zaczynam schodzić po omacku, bo jest już kompletnie ciemno. Idę noga za nogą i wiem, bo już nie potrafi ę dłużej odpychać tej myśli, że czeka mnie kolejny biwak. Boję się, że druga już z kolei taka noc może być bardzo dramatyczna. Siadam na plecaku – zaczyna się walka o przetrwanie nocy. Jestem trochę otępiały. Na tych majaczeniach w stanie swoistego letargu, na poprawianiu co chwila nyży z rozsypującego się śniegu schodzi noc. Gdy nadchodzi świt, odkrywam, że jestem na stoku, którym można beztrosko zbiec na dół, że gdybym wczoraj podjął to ryzyko, zszedł po omacku, to gdzieś tam bym dotarł. Ale rano człowiek jest zawsze mądrzejszy. Rozpoczynam zejście.

Dochodzę do obozu drugiego, kiedy zaczynają się dopiero w namiotach ruszać. Krzyczę, wychodzą i zapanowuje pełna radość. Wszyscy jesteśmy r a z e m .

Wszystko jest przygotowane do zejścia. Jemy ostatnią kolację, rano następuje ewakuacja w dół. A ja... do góry. Bo tędy najbliżej.

Oni mają wszystko za sobą. Mogą się rozluźnić. Dla mnie skończył się dopiero pierwszy etap wyprawy, te 8167 metrów śniegu i mgły na Dhaulagiri, pełny cel jest ciągle przede mną. Nie pozwala mi to na błogi, upragniony relaks. Wkładam plecak, ruszam przed siebie. W górę. Przede mną druga runda.

Społeczność

© 2019 Fundacja Wielki Człowiek

Realizacja Ad360