https://jerzykukuczka.com/en/home-page
Nanga Parbat ‘85
Nanga Parbat ‘85
Słońce nie wzeszło

Zadzwonił do mnie kierownik wyprawy na Nanga Parbat, Paweł Mularz. Później spotkałem się z nim w Krakowie i tak się zaczęło. Udało mi się spożytkować moje doświadczenie i chody na śląskiej ziemi, dzięki czemu wydębić odpowiednie przydziały trudno osiągalnej żywności i 3 maja maluchem załadowanym po dach znakomitymi suszonymi wędlinami i szynkami, ruszyłem do Krakowa. Trwają restrykcje po stanie wojennym, a ja jadę autem pełnym poszukiwanych smakołyków Na dodatek, w drodze, na stacji benzynowej zdjąłem kurtkę, położyłem ją na dachu malucha, coś tam poprawiłem w środku i pojechałem. A w kieszeni kurtki były moje dokumenty. Wszystkie, paszport też. Dopiero kilka kilometrów przed Krakowem spociłem się. Szukam dokumentów... nie ma.

Samochód telepie się na kamienistym highwayu, rozglądam się w koło. Czuję się, jakbym poszedł do kina na film, który już widziałem. Przecież tutaj właśnie, 8 lat temu, po raz pierwszy zetknąłem się z górami, do których się modliłem. Tutaj, na Nanga Parbat, przeżyłem wszystko: oczarowanie wielkością Himalajów, dotyk ośmiu tysięcy, i rozczarowanie – zawód i gorycz porażki. Zbliżamy się do góry, z którą już raz przegrałem. Niedługo stanę przed nią po raz drugi. Chyba bez kompleksu. Ale nie mogę uwolnić się od myśli, że już raz nie dałem jej rady.

Nanga to jedyna ośmiotysięczna góra, do której podnóży można dostać się bez większych problemów, po stosunkowo krótkiej drodze jeepem i 2-dniowym podejściu. Jedyna, pod którą bazę zakłada się na wysokości 3650 metrów, gdzie są zielone łąki, namioty, ognisko, prawie jak na obozie harcerskim.

Największych trudności nastręcza poręczowanie między obozem drugim a planowanym trzecim. Jak to przełamać? Postanawiam ruszyć z moim zespołem już „na ciężko”, czyli taszcząc na plecach sprzęt biwakowy, potrzebny do założenia obozu III. Tam, gdzie dojdziemy, tam zabiwakujemy – określamy dosyć płynny cel. Po dojściu do końca poręczówek, zakładamy jeszcze 200 metrów lin w bardzo trudnej, zalodzonej ścianie. Kiedy staję na stanowisku asekuracyjnym, jest już noc, moi partnerzy dochodzą po omacku. Wybijamy w ostrej ścianie grani minimalną platformę pod dwuosobowy namiot, do którego pakujemy się w... szóstkę, co stwarza warunki jedynie do przeczekania nocy. Lecz był to moment przełomowy. Dzięki temu, od planowanego miejsca obozu III dzieli nas tylko 200 metrów. Rozerwaliśmy ten nużący krąg niemożności. Następnego dnia na wysokości 6500 m, pod kilkunastometrowym serakiem, zakładamy obóz III.

Fragment filmu „Who is Mr. Kukuczka?”, przedstawiający gromadzenie zapasów na wyprawę.
Fragment filmu „Who is Mr. Kukuczka?”, przedstawiający gromadzenie zapasów na wyprawę.

Wyprawa wyjeżdża w składzie międzynarodowym, ale jej duszą są Paweł Mularz i Piotrek Kalmus, którzy w organizację włożyli bardzo dużo pracy. Ja wyjeżdżam dwa tygodnie później. Po zimowych wyprawach musiałem jakoś wygospodarować chwilę wytchnienia, trochę odpocząć. Teraz ich gonię. Najpierw 30 godzin jadę autobusem z Islamabadu do Gilgit. Stąd wynajętym jeepem do Jaglot.

Droga jest bardzo trudna i niezwykle niebezpieczna. Prowadzi przez strome żleby, którymi nieustannie lecą lawiny. Na szczęście wyryły już sobie jak gdyby stałe koryta, więc można się domyślać, którędy lecą z góry rwące rzeki błota i kamieni w niższych partiach, a śniegu i lodu w wyższych. Te koryta trzeba jednak ciągle przekraczać. Problem sprowadza się do wyczekiwania na odpowiedni moment i przeskoczenia najgroźniejszej strefy. Ze względu na to stałe zagrożenie uważam, że była to jedna z moich najniebezpieczniejszych wypraw.

Obóz III na pewnym etapie wyprawy służył jako baza wysunięta, z której himalaiści prowadzili dalszą działalność górską.
Namiot.

10 lipca w nocy zrywa się potężna wichura. Zawala tutaj, w czwórce (7400 metrów), namiot Sławka i Carlosa. Tadeusz ze swoim zespołem późno dochodzą do obozu I. Następnego dnia idą wyżej. W drodze do obozu II w najbardziej niebezpiecznym miejscu znajdują się w samo południe… Kiedy o godz 13.00, o zwykłej porze łączności, uruchamiam swój radiotelefon, słyszę:
– O godzinie 11.10 Piotrka Kalmusa porwała lawina…
Nastąpiła tragedia. Zginął nasz kolega. Do późna wieczorem nie milkną radiotelefony. Zaczyna się długa dyskusja nad tym, co robić dalej. Siedzę z radiotelefonem w dłoni i dociera do mnie każde słowo tej dramatycznej rozmowy. Wszyscy w jedynce i w dwójce zaabsorbowani są akcją.
– Ściągamy Piotrka do bazy, pochowamy go w bazie, over – skrzeczy radiotelefon.
Jest więc pierwsza decyzja. Dla nas to jeszcze nie wszystko. Nie wypowiedziałam tego, co myślałem – schowałem się za plecy Zygi. Zyga bierze z moich rąk radiotelefon i mówi:
– Uważam, że musimy zrobić wszystko, by ta tragedia nie poszła na marne. Jeżeli teraz zejdziemy na dół, oznaczać to będzie koniec akcji. Powinniśmy ciągnąć. Over…
Mówi to do Pawła Mularza, który o całe kilometry niżej jest najbardziej załamany tragedią. Piotrek był jego przyjacielem, śmierć tak nim wstrząsnęła, że wyznał: „Mam tego wszystkiego dosyć. Uważam, że powinniśmy sobie z tą wyprawą dać spokój”
Na drugim biegunie sytuuje się teraz Zyga, którego oczywiście milcząco popieram. Staje wreszcie na tym, że wszyscy, którzy są poniżej obozu IV, schodzą, by uczestniczyć w transporcie zwłok i pogrzebie, a my ciągniemy akcję do góry.

Idę cały czas jak gdyby we mgle, świat odbieram trochę nierealnie, w głowie panuje mętlik. Jestem przytłumiony, bo słońce świeci cholernie jasno; gdybym zdjął okulary, ślepnę momentalnie. Jest jasno, wieje silny wiatr. Kraina, którą trudno określić, rozświetlona aż do bólu, groźna. Wygląda trochę tak, jak na prześwietlonym filmie. Widzę już szczyt. Jest niedaleko, wiem, że wszystko, co najtrudniejsze, mam już za sobą. Pozostaje tylko kwestia cierpliwości. Jest coraz bliższy, bliższy...

Kiedy rozkładamy namiot obozu V na 7600 m, jest sakramencko zimno. Oszczędzamy gaz, którego mamy niewiele. Następnego dnia chcemy iść w kierunku szczytu. Bierzemy ze sobą jak najmniej. Jedynie płachty biwakowe. Tylko Zyga do ostatniej chwili medytuje:
– Wziąłbym jednak maszynkę z resztką gazu...
– Jeżeli mamy się odciążyć, to bądźmy konsekwentni – sprzeciwiam się.
Wyruszamy wcześnie rano.
– Dzisiaj do szczytu nie dojdziemyyyy! Poszukaj tam niżej, koło waaas jakiegoś miejsca, żeby można się w nie wkopaaać! Tutaj nie ma gdzieee!
Kręcą się, kręcą, wreszcie dochodzi krzyk z dołu:
– Jeeest! Da się wykopać jamę!
Tulimy się do siebie, aby podzielić się własnym ciepłem. I wtedy Zyga bez słowa, wyciąga z plecaka... maszynkę butanową i gaz. To jest to, czego nam właśnie brakowało. Błogosławiłem w duchu Zygę, któremu jeszcze tak niedawno kazałem się rygorystycznie odciążać.

8126 m.a.s.l
Summit
Wychodząc na szczyt Nangi wymyśliłem sobie pewien efektowny scenariusz. Postanowiłem chociaż raz przy wejściu na wierzchołek podskoczyć i wrzasnąć: hurrra! Nie wiem, jak wypada ten podskok, jak brzmi okrzyk. Wiem na pewno jedno: kosztuje mnie to tyle, że natychmiast siadam i przez dłuższy czas nie mogę w ogóle złapać oddechu. Mam jeszcze osobistą satysfakcję. Patrzę na Carlosa, 23-letniego Meksykanina, który właściwie dzięki nam wszedł na tę górę. Pierwszego alpinistę z tak egzotycznego kraju, który wspiął się na szczyt liczący więcej niż osiem tysięcy metrów.
7900
3650
Jerzy Kukuczka o sensie niebezpieczeństwa i wyrzeczeń w życiu. Fragment z filmu „Who is Mr. Kukuczka?”.

Jesteśmy jeszcze bardziej zmęczeni niż w czasie podejścia. Znowu, mimo że w dół, idę tym katorżniczym rytmem: pięć kroków i siadam, pięć kroków i siadam. Przy naszej jamie, w której nocowaliśmy, jesteśmy dopiero o piątej. Zyga jeszcze raz spogląda w górę i w dół, aż wreszcie odzywa się:
– Wydaje mi się, że będziemy musieli jeszcze raz zakiblować w tym samym miejscu. Bo do piątki nie dojdziemy na pewno.

O tym, jak wątły to był wypoczynek, najwięcej mówi fakt, że do piątki, odległej w normalnych warunkach o dwie godziny, schodzimy cały następny dzień. W czasie tego upiornego odwrotu zwycięzców widzę, że nie tylko ja jestem zmęczony. Na Carlosa czasami muszę aż krzyknąć. Kiedy wpina się w linę albo zaczepia karabinek, wszystko robi już odruchowo. Stoi w prawie pionowej ścianie i widzę, że zasypia. W każdej chwili może dojść do tragedii.
Więc ryczę, ile mam jeszcze sił:
– Carlos! Obudź się! Idź!
Nieszczęście jest tak blisko, że trzeba robić, co tylko się da, żeby mu zapobiec. Właśnie teraz trzeba być cały czas wewnętrznie spiętym. Jeszcze, ciągle, nie wolno odpuścić ani na moment, mimo że to tylko zejście. To samo dzieje się ze Sławkiem Łobodzińskim.

Jesteśmy dopiero w połowie drogi, gdy zaczyna wschodzić słońce. Sławek dostaje kamieniem prosto w obiektyw niesionego na piersiach aparatu. Obiektyw idzie w diabły... Zyga, na szczęście niedużym kamieniem, obrywa w ramię. Boli go… Inny lecący duży kamień uderza w mój plecak i strąca umocowany do niego czekan...
Idziemy cały czas jak na froncie. To zejście jest straszne. Rozciągnęliśmy się, idę stosunkowo szybko. Nagle noga wpada mi w szczelinę. Tracę równowagę, przewracam się w powietrzu na wznak. Plecak ciągnie mnie w tył, jedna z nóg wklinowana jest w szczelinie. Właściwie na tej nodze wiszę głową w dół. To były momenty naprawdę graniczne. Bliski tragedii był także Zyga. Akurat w momencie, gdy wpinał się do liny, poślizgnął się i zaczął się zsuwać. Przeleciał jakieś 20 metrów, ale cały czas w linii zwisu liny i resztką przytomności umysłu udało mu się jakoś ją zgarnąć i wyhamować. Nadwyrężył sobie przy tym nogę, nie mógł dalej iść o własnych siłach. Ale żyje.

Jesteśmy wyschnięci na wiór, spragnieni aż do bólu, bo przez dwa dni niczego nie piliśmy. Nie ma też nic do jedzenia. Następnego dnia mijamy czwórkę, gdzie też pusto. Docieramy na wysokość trójki. Dochodząc, myślę tylko o jednym: „Nareszcie namioty pełne gazu, żarcia, wszystko na nas czeka”. Przed oczyma wyobraźni mam menażkę pełną gorącej, parującej zupy. Jestem pierwszy na miejscu, w którym obozu trzeciego... nie ma. Serak, który był nad nami, który miał być tarczą przed lawinami, urwał się i zasypał wszystkie namioty. W porę dowiadujemy się jednak o tym, że ratunek jest w drodze. Kiedy dochodzą do nas, siadamy wszyscy bezradnie w śniegu i od nowa pojawia się dręczące pytanie:
– Co robić dalej?
Bierzemy czekany i zaczynamy nimi walić uparcie w lód. Kopiemy tak do północy, aż wreszcie wykopujemy jeden namiot. Ta noc, zamiast na wymarzonym wypoczynku, upływa na kopaniu, tłuczeniu czekanem w lód. A przed nami najniebezpieczniejszy odcinek, który musimy pokonać przed wschodem słońca. Jeżeli się spóźnimy, ryzykujemy życiem, gdyż przechodzenie żlebów między obozem III a II jest równoznaczne z samobójstwem.

Community

© 2019 The Great Man Foundation

Realizacja Ad360