Ten dzień przejdzie chyba do historii wyprawy. Nareszcie zdecydowałem się pisać. Obiecywałem sobie to od chwili rozpoczęcia wyprawy, ale jak zwykle leń, który króluje we mnie zwyciężał do tej pory. Zresztą nie jest na tej wyprawie tak, jak sobie wyobrażałem. Myślałem, że będę miał dużo czasu, będę się nudził, nic takiego. Od chwili wejścia na Batorego nie miałem chwili nudy. Obiecywałem sobie (i nie tylko ja), że na statku odeśpimy sobie wszystkie zarwane noce w okresie przed wyprawą. W tym zamiarze nie trwałem jednak tak długo. Bo przecież nie można się wyspać na zapas. Dwa tygodnie na statku minęły bardzo szybko. Załoga statku robiła co mogła, by pasażerowie nie mieli chwili nudy. W Montrealu wyokrętowanie trwało prawie cały boży dzień. My zostaliśmy jeszcze jedną noc na statku. Zaoszczędziliśmy sobie w ten sposób szukanie noclegu. Nie lubię nigdy ostatnich dni. Dni, kiedy trzeba się zrywać. Podróż Batorym była jakby pierwszym etapem naszej podróży.
20.05 - wizyta u Majora Miasta Toronto. Spóźniamy się 15 minut, przez co mamy wymówki od Leona Bielawskiego. Na spotkaniu u Majora dostajemy pamiątkowe medale. Jest telewizja, dziennikarze, słowem dosyć miło, ale krótko. Po południu idziemy na drinka do domu kombatantów w Domu Inżynierów. Około godziny 24:00 wyjeżdżamy do cottage wujka Tomasza.
22.05 jedziemy w dalszą drogę. W południe jesteśmy w Sault Ste. Marie. Tu bardzo gorące przyjęcie, wiele drinków, obiad. Spotykamy pana, który zanosi nasze głosy do Katowic. Jest też telewizja, która kręci nas i nasze samochody. O godzinie 16:00 jedziemy do Wawy. Po drodze piękne widoki i zepsuty Jelcz. Zerwał się pasek klinowy. Część jedzie dalej na spotkanie, a czterech zostaje do naprawy. Chłopcy przyjeżdżają już po wszystkich uroczystościach i co najważniejsze po kolacji. Śpimy w polskiej hali. Rano 23.05 ruszamy dalej do Thunder Bay. W Thunder Bay jeszcze milsze przyjęcie, odwiedzamy kilka polskich domów, w jednym wita nas Major miasta, daje pamiątkowe dyplomy, medale, odznaki. Bardzo miły i towarzyski jest ten Major, mówił nawet kilka słów po polsku.
Środa 29.05.
Przejeżdżając przez Park Narodowy tuż koło Edmontonu, widzimy po raz pierwszy bizony i bobry. Do polskiej hali w Edmonton dojeżdżamy około godziny 18:00. Piękna, duża hala, skupiająca jak nigdzie kilka organizacji polonijnych: Związek Kombatantów, Weteranów, Harcerstwo, Związek Polaków. Znowu miły wieczór, dużo wódki, wspomnienia. Miłe to, lecz trochę męczące. Każdy opowiada swój życiorys, a życiorysy są podobne. Wywóz na Syberię, później z Andersem lub na własną rękę ucieczka z Rosji. Błąkanie się po Dalekim Wschodzie w wypadku tych drugich, walki na różnych frontach z Andersem w wypadku tych pierwszych. Po demobilizacji tułaczka po kilku krajach i wreszcie osiedlili się w Kanadzie. Większość z nich pochodzi z Kresów.
Niedziela, 02.06.1974.
Postanawiam spróbować po raz pierwszy moich umiejętności wędkarskich i wypróbować przy okazji podarowaną wędkę. Pierwsze rzuty były godne pożałowania. Mało co nie wrzuciłem całej wędki pomyłkowo do wody. Po kilku takich rzutach nagle spadł jak z nieba w tym pustkowiu policjant i oczywiście przyczepił się o jakieś pozwolenie. W czasie rozmowy okazało się, że w tym jeziorku nigdy w życiu nie było ryb. Uśmialiśmy się i pojechaliśmy dalej. Przejeżdżamy koło cudownego jeziora Muncho Lake, całego pokrytego kryształami lodu. Pierwszy raz widzę coś takiego. Chciałem namówić chłopców na biwak w tym miejscu, ale Leon miał swoje zdanie i ciągnie nas do gorącego źródła siarczanowego.
Wieczorem 16.05, mieliśmy pierwsze spotkanie z Polonią. Przyjmował nas ks. Ćwikliński z kościoła Narodowego w polskiej „hali”. Zostaliśmy przyjęci, jak byśmy mieli jutro ruszyć na Berlin. Była orkiestra, Mazurek Dąbrowskiego, tańce, drinki, wino mszalne. Na drugi dzień otrzymaliśmy Jelcza. Przez pół dnia pakowanie, spotkanie w Domu Technika i wyjazd na farmę Tadeusza Baranowskiego w Rawdon. Tu nocleg, rano jazda na koniu, jedzenie mięsa wołowego, trochę wódki. Rano 18.05 jedziemy do Toronto. Tu wpadamy w tłum Polonusów. Znowu przyjęcie, gościna i nocleg w motelu, którego właścicielem jest Polak. Rano 19.05 jedziemy do Niagara Falls, zwiedzamy elektrownię i wodospad w iście amerykańskim tempie. Po południu przyjęcie w hotelu pana Stelmaszyńskiego. Wieczorem powrót do Toronto, nocleg.
Niedziela, 25.05, Winnipeg.
Przyjeżdżamy o godzinie 12:00 pod Kościół Narodowy. Tu już na nas czekają. Po powitalnym drinku na plebanii wchodzimy w glorii i wśród burzy oklasków na dużą salę. Płomienne przemówienia wszystkich prezesów i ks. seniora Malinowskiego, który jest jednocześnie w radzie Manitoby. Po obiedzie jedziemy do Polskiego Klubu Gimnastycznego „Sokół” na herbatkę wydawaną z okazji 55-lecia istnienia tego związku. Godzina 16:00, jedziemy zwiedzać parlament. Budowa ma styl rzymski, na szczycie kopuły stoi posąg wielkości człowieka cały w złocie, łuczywem pokazuje kierunek północny. W parlamencie są dwie strony, po jednej siedzi partia rządząca, po drugie opozycja. Pozwoliłem sobie siąść na fotelu, na którym siedziały różne osobistości, m.in. król Jerzy VI. W tym mieście jest dużo Indian, charakteryzujących się specyficznymi rysami twarzy, kruczymi włosami i spożyciem dużej ilości wódki. O godzinie 18:00 stoi już kolejka Polonusów, którzy chcą nas wziąć do swoich domów.

Środa, 05.06.1974.
Na 182 mili Kolndike Highway nagły alarm w Nysie. Jurek Kalla krzyknął: „Niedźwiedź!”. Wszyscy wychylamy głowy w pokazanym kierunku. I rzeczywiście, widzę wielki, czarny, kudłaty łeb. Jurek hamuje gwałtownie. W amoku wyskakujemy z Nysy, depcząc po sobie i aparatach. Biegniemy w kierunku, gdzie widzieliśmy niedźwiedzia. Była to szarża typowo polska. Z gołymi rękami na niedźwiedzia. Niedźwiedzia już oczywiście nie było. Dopiero później, jak ochłonęliśmy, zdaliśmy sobie sprawę, co by było, gdyby niedźwiedź nie uciekł, a przeciwnie, ruszył w naszą stronę.
Niedziela, 09.06.1974.
Wczoraj wieczorem wjechaliśmy do Parku Narodowego McKinley’a. Jesteśmy w terenie zupełnie przypominającym tabory na Hali Gąsienicowej. Tylko lasy są tu bardziej niebezpieczne, jest tu dużo zwierzyny, między innymi grizzly. Wyruszamy do Talkeetna o godzinie 12:00. Przejeżdżamy piękną doliną, dookoła góry przypominające do złudzenia Tatry, a ponad nimi króluje olbrzym McKinley. Wygląda imponująco. Jesteśmy w Talkeetna na małym lotnisku o godzinie 21:00. Spotykamy p. Dona Sheldona, który ma nas przewieźć na lodowiec Kahiltna. Odradzał nam absolutnie podchodzenie po lodowcu ze względu na duże rzeki i potoki. W pewnym momencie telefon. Musi jechać po klienta na lodowiec. Proponuje nam, że zawiezie 300 kilo ładunku za frajer, ale muszą być gotowe za 5 minut. Można sobie wyobrazić, co się działo. Cała trzynastka dopadła Jelcza, padają komendy: bęben A-20, skrzynia S-3 itp. Przewracamy cały ładunek na Jelczu do góry nogami, aż wreszcie dostajemy się do potrzebnych bębnów, które oczywiście znajdowały się na samym dnie. W ciągu 5 minut wszystko jest gotowe. Teraz następuje narada wojenna.
Wtorek, 11.06.1974.
O godzinie 7:00 startuje pierwsza dwójka: Zyzak i Sznytzer. Następni to Tomaszewski, Bagsik, Kalla, Trzeszewski, ja i Furmanik. Startujemy około 13:00. Jest to mój pierwszy przelot samolotem. Ciastnota nieprzeciętna. W kabinie czteroosobowej jedzie prócz nas: trzy bębny, trzy wory, dwie horolezki i wóz z benzyną. Teraz dopiero z wysoka widać, jakie to tereny. Dostępu do gór bronią olbrzymie mokradła. Później ogromny lodowiec. Oglądamy piękne góry, przypominające Alpy. Nie spodziewałem się, że są tu takie ściany. Myślałem, że jest tu tylko jedna góra. Lądujemy na lodowcu Kahiltna. Tu już chłopcy rozbili kilka namiotów. Dookoła przepiękne góry, szczególnie przyciąga mój wzrok zachodnia ściana Mount Huntera, przypominająca wschodnią Mont Blanc. O godzinie 15:00 jesteśmy w komplecie. Jesteśmy w doskonałych humorach.
Czwartek, 06.06.1974.
Rano o godzinie 10:30 jechaliśmy zwiedzić miasto złota, Dawson. Stajemy przy banku. Miasteczko w większej części opuszczone. Walące się budy, pomniki świetności tego miasteczka. Rozproszyliśmy się po uliczkach, trzaskając aparatami. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Wyruszamy potem w kierunku Alaski. Pniemy się w górę cholernie krętymi serpentynami. Dochodzi do tego ekspozycja i gliniasty teren. Kilka razy niebezpiecznie nas zrzuca. Jesteśmy na wysokości 6000 stóp tj. ok. 2500 m n.p.m. Jesteśmy na granicy o godzinie 17:30. Jest tu dwóch urzędników: amerykański i kanadyjski. Kanadyjski nie sprawdza nas w ogóle. Amerykański sprawdził ilość paszportów, ilość osób i samochodów, pomachał ręką i to wszystko. Na dwudziestej mili amerykańskiej „szosy” Jelcz wpadł do gliny po osie. Do tego przechylił się niebezpiecznie w stronę rowu. Musieliśmy rozładować część bagaży, kopać saperkami pod kołami co najgorsze uspokajać Leona, który znowu zaczął się obrażać. Po godzinie było już kilka samochodów, bo oczywiście zatarasowaliśmy całą drogę. Zawiadomiliśmy najbliższą stację benzynową, skąd przyjechał samochód, by nas wyciągnąć. Niestety nie udało mu się to. Dopiero jak przyjechał potężny spychacz, większy od naszego Jelcza, wyciągnął nas, ale niestety porobiliśmy takie koleiny, że droga jest nieprzejezdna do chwili, kiedy tego nie zrobią. Wszystkie samochody musiały zawrócić. Na noc stajemy nad rzeką w otoczeniu tundry alaskańskiej.
Czwartek, 13.06.1974.
Wyruszyliśmy w nocy o godzinie 12:00. O wiele za późno. Lodowiec jest mocno poszczeliniony, co chwilę ktoś wpada po pas i zatrzymuje się na rękach. Zaczyna padać śnieg i przychodzi mgła. Nie widzimy drogi. Decydujemy się na kibel o godzinie 5 rano, śpimy do godziny 20:00. Pakujemy szybko plecaki i o godzinie 22:00 ruszamy dalej.
Środa, 19.06.1974.
Wstajemy późno o 21:00. Posiłek (piszę posiłek, bo cholera wie, co to w końcu jest, obiad, kolacja, śniadanie?) gotujemy bardzo długo. O godzinie 1:30 wychodzimy w trójkę (Zyzak, Baranek, ja) na rekonesans. Bierzemy trochę żarcia, namioty i sprzęt. Pokonujemy ostatni próg lodowca po śladach Japończyków. Sceneria malownicza. Idziemy wśród fantastycznych seraków i w duchu dziękujemy naszym poprzednikom, że wytyczkowali drogę przez ten lodowiec. Po godzinie drogi widzimy nasz filar od wschodniej strony. Z tej strony musimy się dostać na jego ostrze. O godzinie 7:00 dochodzimy do miejsca, gdzie kończą się skały i zaczyna śnieżna grań. Tu postanawiamy zostawić cały sprzęt i wracać. Pora najwyższa, słońce operuje coraz mocniej i żleb wprowadzający może stać się niebezpieczny. Schodzimy z asekuracją. Ja idę ostatni, żlebem schodzimy o 9:00. Szczęśliwie, mimo że śnieg zmienił swoją konsystencję z betonu na papkę.
Sobota, 22.06.1974.
Wychodzimy o godzinie 0:15. Spacerowym tempem dochodzimy do miejsca, gdzie doszliśmy w czasie rekonesansu. Przed nami śnieżna grań. Idę i pierwsze metry śnieg bardzo dobry, beton, do którego wchodzą tylko kolce raków. Po 50 metrach zaczynają się jaja. Pod trzycentymetrową warstwą cukru szklisty lód. Staram się strawersować grań, po 120 metrach jestem w środku pola lodowego i zaczynam się ślizgać. Wybijam więc wygodny stopień i czekam, aż podeślą mi igły
i młotek. Po pewnym czasie zaczynam rąbać stopnie. Idzie to cholernie powoli. Robię i męczę się. Janusz próbuje iść ostrzem grani. Idzie o wiele lepiej, śnieg jest głębszy, nie trzeba rąbać stopni. Dochodzę do niego skośnym trawersem za pomocą liny. Zaczynam znowu prowadzić. Chcę iść dalej, ale powstrzymuje mnie Adam, który chce tu kiblować. Teraz odczuwam cholerne zmęczenie. Jestem zdenerwowany, ruszam się jak mucha w smole.
Poniedziałek, 24.06.1974.
Budzimy się o 2:00. Jest cholerny mróz, tak według mojego wyczucia jest ok -25°. Wykokoszenie się ze śpiworów, przygotowanie jedzenia i rozmrożenie nóg trwa cztery godziny. Zaczyna Janusz znów po pas w śniegu. Janusz odstawia ciężką robotę. Prowadzę dalej skalną granią, jest dopiero godzina 12:00. Staram się dojść do przełęczy zwrotnikowej, gdzie mający się spotkać z trójką wspierającą Adam nagle zobaczył dobre miejsce biwakowe. Widzimy z dołu podchodzących chłopców. Stwierdzamy, że mają lepszą kondycję niż my. Nic dziwnego, oni nie idą systemem alpejskim, wracają się, przenoszą i w ten sposób łapią kondycję. O godzinie 18 następuje spotkanie. Czuję się niezbyt dobrze. Ciekawa rzecz. Jak idę, czuję się doskonale. Gdy przychodzi biwak, zaczyna się ból głowy, apatia.
Wtorek, 25.06.1974.
Budzę się z okropnym bólem głowy. Jest cholernie zimno. Postanawiamy poczekać na słońce. Ja czuję się niezbyt dobrze. Proponuję Bilczowi, żeby zaczął prowadzić. W trakcie podchodzenia rozgrzewam się. Zaczynam prowadzić ochoczo, śnieg doskonały. Czuję się świetnie. Prowadzę wyciąg za wyciągiem, a żleb nie chce się skończyć. Jest godzina 21:00. Pogoda przecudna. Dookoła morze gór, jesteśmy już na wysokości 5500 m n.p..m, więc wszystkie otaczające nas góry są pod naszymi stopami. Nie trwa to długo. Słońce kryje się za granią McKinley’a, temperatura spada momentalnie. Ubieram kurtkę i zaczynam kopać z Heńkiem i Zyzakiem platformę pod namioty. Czuję się coraz gorzej. Brakuje mi tchu, w głowie świdrujący ból. Tracę czucie w palcach nóg. Rozbieram się szybko, a raczej tylko buty i włażę do śpiwora. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że robię to jak w transie. Odzyskuję przytomność. Obok Janusz jęczy z zimna. Stracił czucie w palcach. Wpadam w letarg.
Myślę z przerażeniem o szczycie. Widzę go, nie jest tak niedaleko. Ale czy wyjdę w takim stanie?! Budzi mnie głos Furmanika, szukającego miejsca na biwak. Irytuje mnie to. Teraz zdaję sobie sprawę, że jeżeli kiedykolwiek wejdę na szczyt to TYLKO teraz. Po biwaku będzie to niemożliwe. Nawiązuje się dyskusja, skutkiem której, postanawiają założyć tu biwak, ale na szczyt wyruszyć jeszcze dzisiaj. Powoli każdy z osobna rusza w kierunku szczytu. Staram się iść jedostajnie. Co 30 kroków odpoczynek. Niestety, nie dotrzymuję tego tempa, spadam do 20 kroków, później do 10 kroków, a później więcej leżę, niż idę. W głowie się kręci, ciało odmawia posłuszeństwa. Szczyt zamiast przybliżać, wydaje się oddalać. Chłopcy są już chyba na szczycie. Padam w miejscu, w którym po raz któryś miał być już szczyt. Mija mnie Amerykanin, który coś mówi, częstuje jakimś cukierkiem. Zjadam go łapczywie. Z dużym wysiłkiem mówię „biutyfu sękju” i jeszcze cos tam. Wlokę się dalej. Za chwilę mijają mnie chłopcy wracający ze szczytu. Na ich twarzach szczęście. Obłapiają mnie, poklepują: „jeszcze 50 metrów do szczytu, ale musimy już zmykać, bo odmrażamy nogi”. Dostaję jak gdyby zastrzyk z nowymi siłami. Po chwili rzeczywiście ostatni nawis śnieżny szczytu, z którego nie ma już drogi do góry. TO SZCZYT.
Niedziela, 23.06.1974.
Ruchy są machinalne: czekan, krok, oddech. Dochodzę już do stanowiska Adama, wbijam czekan, kładę stopę w głęboki śnieg, gdy nagle słyszę głuchy trzask i prawa część góry obsuwa się ze złowrogim szumem. Przywieram instynktownie do czekana i patrzę w dół. Cała połać lodowej ściany runęła w dół. Widzę jeszcze Bilcza, który jedną połową ciała znalazł się w zasięgu lawiny. Mieliśmy cholerne szczęście, granicę lawiny wyznaczyły nasze ślady. Po wyjściu na szczyt obejmuję prowadzenie. Jest to bardzo ciężka mordęga. Śnieg po pas, mało tlenu i kondycja nie ta. Po dwóch godzinach zmienia mnie Bilcz. Toruje powoli, ale systematycznie. Jak na swoje lata ma doskonałą krzepę. Kiblujemy na wiszącym seraku. Czuję się fatalnie. Głowa chce mi pęknąć, nie smakuje mi nawet zupa. Teraz dopiero czuję w kościach to torowanie. Korzystam z najbliższej okazji i kładę się do namiotu.
Środa, 26.06.1974.
Budzi mnie okropny ból głowy i oczu. Jestem tak słaby, że na myśl o wyjściu ze śpiwora ogarniają mnie dreszcze. Inni też nie są w lepszym stanie. Wstajemy dopiero około 12:00. Przy gotowaniu czegoś do jedzenia narada bojowa na temat, co robimy. Przyjmuję z ulgą wiadomość, że dzisiaj nie ruszamy się z miejsca. Tylko czwórka: Bilczewski, Zyzak, Tomaszewski i Kalla idą przetuptać trochę szlaku. Plateau szczytowe to kwestia stu metrów - oceniłem na pierwszy rzut oka. Zmieniłem zdanie, widząc chłopaków po trzech godzinach. Prawie nie ruszyli z miejsca. Robi mi się niedobrze. Nie wytrzymuję po konserwie z grzybkami. Samopoczucie fatalne. A więc jednak choroba wysokościowa. Czasami tylko rozchmurzam się i zapominam o niej, patrząc na morze cudnych szczytów w wiankach z obłoków. W zasadzie królują tylko dwa kolory: biel i czerń. Ale pod wpływem promieni słonecznych i te martwe górki ożywiają się i tworzą tak piękne widoki, że czasami wiem, dlaczego się wspinam.
Czwartek, 27.06.1974.
Mimo przespanych (a raczej przeleżanych) dwóch nocy i dnia czuję się, jakbym miał olbrzymiego kaca. Jestem słaby jak dziecko. Chciałbym już ruszać w górę. Teraz widzę, że bezczynność nie jest najlepszą formą łapania aklimatyzacji. Wreszcie ok 14:00 ruszamy. Powolutku oddalamy się z biwaku. Moje płuca dyszą jak miechy kowalskie. Wreszcie dochodzę do miejsca, gdzie mogę iść już na dwóch nogach. Znajdujemy się z trójką na księżycowym płaskim terenie. Widok niesamowity. Na olbrzymim plateau sterczą od czasu do czasu regularne stożki śnieżne lub skalne. Prawe (południowe) ograniczenie to dłuższy nawis śnieżny ze śnieżną ścianą, na które widoczne są cztery, minimalnie ruszające się kropeczki. TO SZCZYT. A kropeczki to ludzie Raya Geneta.










