https://jerzykukuczka.com/pl/strona-glowna

Ryszard Warecki

Ryszard Warecki
Chciałbym żebyś na początku się przedstawił, opowiedział o sobie o swojej historii i najbardziej mnie interesują twoje najdalsze wspomnienia związane z górami. Kiedy góry zaczęły się pojawiać w twoim życiu, co pamiętasz najwcześniejszego w związku z tym. Nazywam się Ryszard Warecki. Urodzony w ubiegłym wieku w pięćdziesiątym drugim roku, czyli już ponad 70 lat tutaj się spaceruję po tym świecie. Z górami byłem w zasadzie związany zawsze, bo co prawda urodziłem się w Elblągu, czyli na Pomorzu ale po dwóch miesiącach ojciec musiał przenosić się błyskawicznie z Elbląga na drugi koniec polski. ponieważ ówczesna esbecja obecnie go zaczęła poszukiwać, ponieważ działał w AK i wylądowaliśmy w Krośnie. Krosno to jest dolina, która po obu stronach ma z jednej strony Beskid Niski a z drugiej strony Pogórze Strzyżowsko-Dynowskie piękne wspaniałe rejony. Czasy były takie jak było się dzieckiem, że nie było w zasadzie co robić, więc rodzice zawsze w niedzielę ruszali na wycieczki i to na te wycieczki zazwyczaj były w góry, czyli okolice Prządek, zamku odrzykońskiego, gdzie toczyła się akcja Zemsty, no i tam żeśmy pierwsze kontakty z górami miałem. Potem oczywiście zaczęły się rajdy turystyczne, granice były pozamykane więc nie mieliśmy innych możliwości jak tylko wędrować po Polsce. A poza tym byliśmy biedni jak myszy kościelne w związku z czym podróże odbywało się w większości na piechotę lub czasami, jak się udało, autobusem lub autostopem. Takie pierwsze kontakty w ogóle z górami już takie w sensie nazwijmy to wspinaczkowym, to zaczął się na pobliskich Prządkach, które znajdują się 7-8 km od Krosna i to ostańce polodowcowe. Skały w wysokości 20 paru metrów, więc imponujące, no i na te skały tam jak się dało spróbowaliśmy się wspinać. Lepiej lub gorzej nam to wychodziło, ale jednak wychodziło. Plus te rajdy nocne, szczególnie był taki bardzo popularny Rajd Walterowski poświęcony Świerczewskiemu. Wówczas cenionemu bohaterowi, czasy się zmieniły, już nie gest bohaterem cenionym. Prawda wyszła na wierzch. No ale wtedy to były inne czasy, inaczej hodowani byliśmy przez ówczesne władze. Faktycznie zacząłem się… pierwszy kontakt taki z liną alpinistyczną miałem zaraz jak przyszedłem na studia, bo jeszcze na praktykach studenckich udało mi się poznać człowieka, który pochodził… który był w Harcerskim Klubie Taternickim, nazywał się Jasiu Żymełka, późniejszy poseł na Sejm kilku kadencji. No i przez niego trafiłem do klubu harcerskiego, no a w tym klubie no to już akcja poszła tak jak w większości. Zaczęły się wspólne wyjazdy na skałki… Beskidy a potem Tatry no i góry wszystkie po kolei. I z Krosna trafiłeś do Katowic? Po ukończeniu szkoły średniej oczywiście miałem zamiar od razu z zamysłem żeby pójdę na studia, jakoś tak się złożyło że wybrałem Śląsk, między innymi może dlatego, że siostra najbliższej przyjaciółki mamy mieszkała w Gliwicach, studiowała pracowała… była asystentem na Politechnice Śląskiej w związku z czym zawsze było jakieś takie miejsce do przytulenia się jak gdyby. No i zdecydowałem się, że będę zdawał na Politechnikę Śląską. Zdałem na tyle kiepsko, że nie dostałem się na wydział elektryczny, na który zdawałem, bo byłem po technikum elektrycznym, ale zaproponowano mi że na tyle dobrze zdałem, że mogłem wylądować na metalurgii, a wszystko było lepsze niż trafić do wojska w związku z czym wylądowałem na metalurgii, która była w Katowicach, w związku z czym naturalnym dla mnie klubem i środowiskiem w tym momencie górskim stało się… stał się Harcerski Klub Taternicki. Sam byłem w młodości harcerzem, znaczy w szkole podstawowej, szkole średniej, działaczem harcerskim w ogóle więc tym bardziej mi ta atmosfera klubu harcerskiego taternickiego bardzo mi odpowiadała, bo właściwie łączyła wszystkie moje pasje w jednym. No i faktycznie był to stał się ten klub dla mnie na długie, długie lata domem. Drugim domem. Wspólne wyjazdy, nowe przyjaźnie, inne spojrzenie na świat powolutku, potem pierwsze wyjazdy zagraniczne, najpierw Słowacja, bo to już była zagranica szeroko rozumiana to nie to co teraz. Wtedy to trzeba było mieć wymianę waluty zrobioną, czyli złotówki na korony, dostawało się jakiś tam talon, voucher na niewielką wymianę, no i z tym trzeba było tam jak się miała taką wymianę, to wtedy się dostawało zezwolenie na wyjazd, no i można było przekroczyć granicę kolejnego sąsiedniego państwa socjalistycznego. No i takie to były wyjazdy na początku, no a potem się zaczęło jak się zrobiła odwilż w Polsce za czasów gierka, granice się otworzyły w klubie powstała koncepcja zrobienia wyprawy do Maroka w Atlas Marokański. Znalazłem się w składzie tej wyprawy, to była pierwsza wielka wielka podróż dla mnie i dla większości z nas… właściwie prawie chyba… dla prawie wszystkich z tej z tej grupy. Przez całą Europę przejechaliśmy z ciężarowym Starem, Starem, który był zarejestrowany na 2 osoby a jechało osób 15 i przepuścili przez wszystkie granice, i można było autostradami jechać, no po prostu to były inne czasy zupełnie inne czasy niż teraz. Nie do pojęcia chwili obecnej, żeby Starem na pace przejechać przez całą Europę tam i z powrotem w kilkanaście osób, no chyba że jest się uciekinierem i jest się na zamkniętej pace, że udaje się że nikogo nie ma. Takie to były czasy. Na swój sposób piękne. Może opowiedz coś więcej o tej wprawie do Maroka. Wyprawa do Maroka, pomysł był wymyślony głównie dlatego że, to było stosunkowo łatwe do zorganizowania, to znaczy nie trzeba było mieć biletów samolotowych, za wiele komplikacji związanych z transportem bagażu i tak dalej bo gdy założyliśmy od razu, że uda nam się załatwić samochód ciężarowy z fabryki Stara, wiedzieliśmy że wszędzie dojedziemy, gdzie jest niedaleko, gdzie się da dojechać drogą lądową. Bo faktycznie do Maroka jedyne to jest przedostać się między Gibraltarem a Ceutą przejechać promem, co nie stanowi żadnego problemu i ląduje się w Afryce. Więc taki powstał zamysł no i wyrzuciliśmy się w wir organizacyjny. Były to pierwsze moje doświadczenia z organizacją ale ponieważ organizacja mi cały czas buzuje w żyłach, to dla mnie to była po prostu fantastyczna przygoda i robiłem to z wielką pasją i jak tylko mogłem się przykładałem do tego, że jak najwięcej na wyprawę różnych rzeczy pozałatwiać. Odwiedzaliśmy mnóstwo zakładów. Nawet w krok do Krosna pojechałem, gdzie tam, jako krośnianin, wycyganiłem w kilku zakładach różne rzeczy, zaczynając od butów z Fabosu, który produkował buty sportowe, przechodząc przez mleczarnię, która dała nam krążek sera jeden żółty krążek sera, ale 50 kilogramowy, który dzielnie na wypożyczonym przez fabrykę z kolei motocykli Świdnik motorze, przywiozłem z Krosna przywiązany przytroczonym sznurkami do pleców do Katowic. No i potem też ser pojechał z nami w góry. No było tych różnych takich historii do załatwienia, przygód cała masa, no ale to było niezapomniane wrażenie i przejechaliśmy przez calutką Europę, zwiedzając najciekawsze miejsca takie… zarówno Paryż, Bordeaux Madryt, Toledo, Saragossa, i tak punkt po punkcie zwiedzaliśmy całą Europę. W tamtą stronę jadąc, w stronę Północną a potem wracaliśmy południem, no więc żeśmy jeszcze całe południe przez Lazurowe Wybrzeże, Wenecję, Wiedeń dotarli z powrotem do Polski. Przy okazji marokańskie góry bardzo fajne do wspinania, to, tam jest dużo tych rejonów, ale takie te główne zasadnicze rejony to jest rejon Tubkala, bo to dla nas na swój sposób było pobicie rekordu wysokości, czyli na te ponad 4000 m można było wejść, a po drugie rejon dolomitowy [?], który już wygląda dokładnie prawie że kopia Dolomitów włoskich, więc piękne wspinanie w Dolomitach. W sumie piękny wyjazd. Jakieś mieście tam osiągnięcia wspinaczkowe, coś pamiętasz? Znaczy powiedzmy tam zrobiliśmy jakiś tam powiedzmy tak, no patrząc z punktu widzenia dzisiejszego to cośmy tam zrobili powspinali się no to to jest nic, no to inne czasy były. Poza tym no nie byliśmy ekstremalistami totalnymi skałkowymi żeby tam cuda dokonać, nie czarujmy się, no ale tamyśmy jakieś drogi piątkowe, szóstkowe, nawet nowe drogi zostały porobione, także w sumie wróciliśmy jako takimi osiągnięciami, także nie musieliśmy się wstydzić, że to był zmarnowany czas. Powiedz mi bo… Na taką, na taki wyjazd trzeba zrobić, więc w jaki sposób można było zarobić na taki wyjazd. Powiedzmy sobie tak. wyjazd ten marokański to był organizowany przez harcerstwo, czyli my jako Klub Harcerski więc, korzystaliśmy trochę z pomocy harcerstwa, a poza tym zebraliśmy jakiś tam mały trochę dotacji, bo łatwiej to było załatwić na na na organizację społeczną niż niż… typowo społeczną, niż w jakikolwiek inny sposób. Te pieniądze trochę żeśmy dostali, niedużo tych pieniędzy. Ale koszty też nie były duże, bo wszystko mieliśmy ze sobą. Jedyny koszt jaki faktycznie ponosiliśmy, to był koszt związany z paliwem i opłatami typu przejazd promem do Afryki i z powrotem i to były główne koszty dewizowe, jakie mieliśmy do poniesienia. No musimy pamiętać że wtedy benzyna, a właściwie tutaj w tym wypadku ropa, to kosztuje, inne pieniądze były niż teraz te mniejsze kwoty. Co prawda dla nas to były kwoty niewiarygodnie wysokie. Także to był tak tak zorganizowany ten wyjazd więc on się zamykał w niewielkim, bardzo niewielkim budżetem dewizowym, między innymi dlatego tak był w w stronę był zrobiony, że było to najłatwiej, bo jak coś to nam pomogła trochę ambasada w Maroku, konsulat potem jeden rabat, potem „Casablanka”, więc jakoś tak żeśmy to przetrzymali spokojnie finansowo wytrzymaliśmy ten wyjazd. Natomiast następne wyjazdy no to już się zaczęła inna przygoda, zaczęliśmy… to już trzeba było te pieniądze znaleźć. Pierwszy wyjazd zaraz potem w Maroku, który był w siedemdziesiątym szóstym roku, rok później w siedemdziesiątym siódmym roku. Ja troszeczkę przyznam się byłem zmęczony atmosferą tej wyprawy, ponieważ było tam parę rozwiązań, które mi nie odpowiadały, psuły mi krew, związane z numeracją, czyli im wyższy numer, tym przejmował automatycznie dowodzenie, czyli jak kierownik był numer jeden i tak po kolei, jak gdzieś była grupa numer 6, 7, 8 no to szóstka była z kierownikiem obojętna co by się nie działo jaka sytuacja by nie była. Co było dość nierozsądne i mało tego numerniczny musiał być podporządkowany. To był jeszcze wymysł taki prawie powojenny Furmanika, który był takim wielkim kierownikiem śląskim, wtedy za naszych czasów, wyprawa wzięta jako wzór niby dobry, ale to był wzór fatalny, nie pasujący już do tej rzeczywistości, która się pojawiła. Jurek jeszcze też. Kukuczka. korzystał z tej numeracji. też się znalazł w tym… w tym kieracie jak gdyby na wyprawie na Alaskę. Też musiał to wysłuchiwać kto miał wyższy numer ten mu tam doradzał. I wydawał komendy. No tak to już było. No i przeniosłem się do klubu, który byłby mi z kolei też bliski, bo duszą, no bo do akademickiego, co było rzeczą naturalną no bo byłem studentem też. I w klubie studenckim z kolei powstała koncepcja, że zorganizujemy wyprawę w Hindukusz. No i to w sumie trzech nas z klubu harcerskiego zapisało się na wyprawę, dołączyło. To był jeszcze Andrzej Olszewski i Michał Kulik. I tam ja już zostałem kierownikiem organizacyjnym tej wyprawy, bo już uważam że mam na tyle dużo doświadczeń, że potrafię to zrobić, no i, no i wyprawę zrobiliśmy no tam się pojawiły pierwsze problemy związane… z jednej strony to była też tania wyprawa finansowo, mimo wszystko, dlatego że jechaliśmy pociągiem przez cały Związek Radziecki. Przekraczaliśmy granice afgańsko-radziecką, bo wtedy była jeszcze Związek Radziecki nie Rosja, przekraczaliśmy granicę przez Amu-Darię radziecko-afgańską, no i już byliśmy na miejscu. No a tam oczywiście mieliśmy jakieś tam rzeczy wzięte już na handel żeby żeby znaleźć pieniądze na karawanę, na to wszystko sprzedawaliśmy różnego rodzaju historie typu śpiwory… jakiś tam… no tysiące rzeczy przeróżnych. Sokowirówki, wentylatory, no co tam komu wpadło do głowy no to… aparaty fotograficzne rosyjskie, polskie to to to… polskich właściwie nie było, to był tylko Druh, to trudno sprzedawalny, no ale głównie radzieckie aparaty no bo NRD-owskich też, Practica to był rzadkim i cenionym za bardzo aparatem, żeby chciał się go sprzedawać. No i z tego mieliśmy pieniądze na karawanę, na to żeby dojść w góry i pozwiedzać trochę i wrócić zadowolonym do domu. I to wyglądała pierwsza, no ale przy tej wyprawie pierwszej… przed samą wyprawą z Andrzejem Olszewskim, z którym się wtedy tak mocno trzymaliśmy, wpadliśmy na pomysł, że można malować kominy. No bo mamy liny, mamy ten, wiemy jak to… jak tam wejść na górę w związku z czym możemy malować. I pierwszym kominem to był komin pomalowany w Konstalu ceglany trzydziestopięciometrowy, w którym do pomalowania były tylko zaledwie obręcze, więc niewiele tego malowania było. No spisaliśmy to była pierwsza tego typu robota wysokościowa, więc brak zero doświadczeń. Koncepcja była nie do końca trafiona nasza, w efekcie żeśmy ten komin nie tyle pomalowali co obtrzaskali farbą, niejaką zilberbronzą, czyli taką srebrzanką inaczej mówiąc. Wyglądał okropnie. Z działu mechanicznego nie za bardzo chcieli remontów, to chcieli ten komiks przyjąć, no a myśmy już wyjeżdżali na wyprawę mówimy „no coś trzeba wymyśleć”, no żeśmy najęli do roboty kolegów z klubu, którzy dokończyli za nas malowanie tego komina, malując pod tymi obręczami jeszcze takie metrowe pasy srebrzanką, także w efekcie wyglądał jakoś akceptowalnie, co nie żeby nie powiem pięknie. No ale pomalowali myśmy wrócili z wyprawy no i trzeba się było jakoś rozliczyć. Więc dzięki zarobionym tam pieniądzom z przemytu, plus do tego potem mieliśmy… za te pieniądze z przemytu kupiliśmy kożuchy, sprzedając kożuchy… no mieliśmy już trochę pieniędzy, nie było tak źle, mieliśmy z czym zapłacić tym kolegom za zrobienie, no ale sami chcieliśmy odzyskać te pieniądze z fabryki, ale oni nie mogli nam w żaden sposób za bardzo wypłacić, to mówią „na rachunek na firmę na wszystko to zaraz zapłacimy ale tak wam do ręki to nie ma mowy”, a w tym momencie… w sam raz przez przypadek od kogoś dowiedziałem się, że w „zeemesie” [Związku Młodzieży Socjalistycznej] mają coś takiego jak Fundusz Akcji Socjalnej Młodzieży. I mówię dla Andrzeja, pójść musimy iść do tego… do tych komunistów, no i przepytamy jak jak to oni to robią, że ten… No i żeśmy się wybrali do nich. Wtedy mieli swój związek… Socjalistyczny Związek… Miał Młodzieży miał swój budynek, w którym mieli siedzibę, pokoje wszystko, gabinety. No tam połaziliśmy po tych gabinetach, porozmawialiśmy z różnymi ludkami, początkowo tam nie chcieli nam za bardzo ten, ale w końcu nam udzielili potrzebnych informacji, już wiedzieliśmy jak to można zorganizować, więc wróciliśmy do klubu i błyskawicznie z pomocy… do tego akademickiego klubu, błyskawicznie z pomocą księgowości akademickiej zorganizowaliśmy ten dział Funduszu Akcji Socjalnej Młodzieży przy Klubie Akademickim, no i tu już bez problemu wtedy mogliśmy wystawić rachunek… jako tenże klub wystawić rachunek do zakładu, zakład bez najmniejszego problemu przelał pieniądze, bo pieniędzy mieli dość, tylko musieli mieć podstawy do wypłacenia ich. No i tu się zaczęła... Generalnie rzecz biorąc mi się wydaje, że ja byłem pierwszy… że myśmy byli pierwsi, którzy ten fason wprowadzili. Czasami od czasu do czasu odzywają się głosy że roboty wysokościowe robiliśmy dużo wcześniej ten… nie ja mówię nie… oczywiście wszyscy robili, jeszcze zaczęły na piramidach roboty wysokościowe były robione, chodzi o to jak te pieniądze można było wybrać. Myśmy znaleźli tylko ścieżkę żeby te pieniądze wybrać. Pomogła nam w tym rzecz, że mogliśmy tak duże pieniądze wybrać między innymi to, że jak w sam raz Andrzeja Olszewskiego ojciec był kosztorysantem w zakładzie pracy w związku Szron mówi „Chłopaki dajcie tam wam zrobię kosztorys tego malowania komina żebyście mieli podstawę do rozliczenia” no bo oni oczywiście… zakład mówi ten przyjmiemy rachunek i wypłacimy wam te te pieniądze, Konstal, ale musimy mieć fakturę i kosztorys. No więc on zrobił faktury w kosztorys metodą porównawczą wyszła ta kwota koło 120000 i była to mniej więcej taka sama kwota jak… porównywalna kwota do kwoty dzisiejszej, bo i wtedy i dzisiaj bułka kosztuje tam poniżej złotówki i kilo cukru też w granicach 2 czy tam 3 zresztą… nie za bardzo się orientuję bo cukru nie kupuję. Ale mniej więcej porównywalne kwoty to były, więc to były naprawdę niezłe pieniądze za to pomalowanie tego komina. No a potem się zaczęło malowaliśmy coraz więcej coraz wyższe rzeczy, a za nami poszła cała Polska i cała Polska ten Fundusz Akcji Socjalnej wprowadziła do siebie i dzięki temu funduszowi no to nie da się ukryć, powstało całe pokolenie wspinaczy, podróżników. Bo mieli za co kupić bilety, sprzęt na wyprawę, na wyjazdy i tak dalej, i tak dalej. I to się toczyło. Jeżeli nawet nie byłem pierwszy to byłem jednym z pierwszych, no tak to tak to bym, tak to wydaje mi się, że tak to by było… no i to już od tego momentu w zasadzie nie mieliśmy większych problemów z finansowaniem wyjazdów do czasów zmiany systemu władzy w Polsce, no bo wtedy się zaczął inny ten czas. Tak się utarło że najczęściej mówi się o kominach, ale malowaliście nie tylko kominy? Zaczynaliśmy w ogóle te prace od rzeczy tych, które nam się najbardziej wydawały strategiczne i rozsądne to znaczy od kominów, bo na kominy najtrudniej się jest stosunkowo włazi i nie ma tam dachu i skądś można zjechać, zejść, nie ma jak rusztowań postawić, nie opłaca się więc to było naturalne że zaczęliśmy od kominów. A potem no zaczęliśmy robić wszystko… wieże wyciągowe, wieże wodne. Na przykład robiliśmy takie roboty jak klejenie pękającej wieży dźwigowej od kopalni, która ciągnie te… Matko Jedyna, co ona tam ciągnie… windy no, ciągnie windę górę na dół. Zaczęła ta budowla cała pękać i trzeba było pokleić. No i myśmy tam specjalnymi klejami, które z Zachodu były sprowadzane kleiliśmy też popękane szczeliny, wprowadzając tam, wtryskując właśnie ten ten ten… spoiwo, no i to była dość skomplikowana robota ale ale bardzo dobrze płatna. Były też historie takie… typu… no roboty były wszelkie się, bo to i zarówno strącanie sopli, odbijanie na przykład tynków wieżowców, od których tynk zaczynał odpryskiwać i trzeba było z godziny na godzinę… iść tam pojawić się i to zbić, ten cały odpadający tynk, żeby nie zabił kogoś. Raz mieliśmy pamiętam taką robotę to była robota… Robota to była w jednostce wojskowej. Komin przy kotłowni wojskowej do pomalowania w Zabrzu. Niedaleko stadionu Górnika Zabrze zresztą… no i na ten komin weszliśmy we trójkę. Dwóch nas malowało, bo to wąski komin taki raptem jakieś 60-80 cm średnica, obok drabina z koszem, taka która była dokładnie tej samej średnicy co ten… tenże komin w wysokości około 40 metrów. Jeszcze dodatkowo posiadający trzy odciągi liny od 2/3 wysokości, które utrzymywały go stabilnie, żeby się na skutek wiatrów nie nie obalił. No i malowaliśmy ten komin, szybko robota nam szła, był piękny taki popołudniowy letni dzień. Ja tak z nudów trochę tak tak dla zabawy odepchnąłem się mocno od komina, że jeszcze jest takie wahadło zrobić, jak dobijając z powrotem do tego komina, no to tym butem łup tak sobie przywaliłem, no buty grube mieliśmy, stare, zużyte już buty wspinaczkowe wtedy ważące 1,5 kg jedna para. Do 2 kg skórzane. Ale to takim butem można było przywalić wszędzie, nic się nie mogło stać, a ja tu a nagle ten but mi wylądował w kominie. I to ja mówię „ułułu”. Troszkę się przestraszyłem, zacząłem obstukiwać dookoła i wszędzie gdzie nie stuknę to słyszę, że ten odgłos jest jakby tego tam metalu w ogóle nie było. Że cały skorodowany, więc od razu zgłosiłem alarm, że jak najszybciej kończymy byle jak pomalować, byle zjechać na dół i zostawiamy to, no bo jak obstukałem go dookoła wyglądało na to, że on jest skorodowany cały. Okazało się że poprzepalane były ruszta, a palono zasiarczonym węglem w związku z czym… plus woda wymieszana razem, siarkowodór powstawał i on po prostu zżerał od środka ten komin. I był cały zżarty. No więc na drugi dzień zgłosiliśmy, że mamy pomalowane ten komin, ale jednocześnie, że komin muszą natychmiast rozebrać. Dostaliśmy wypłatę no bo robota była zrobiona a dwa dni później przyjechał dźwig i ten komin ściągnął, no bo on faktycznie… on się trzymał jedynie dzięki tej drabinie, która była do niego solidna przyspawana, na całej długości i tym odciągom. Inaczej to on by już dawno leżał ten komin. Cały był od wnętrza skorodowany. No także to była taka dość powiedzmy ryzykowna przygoda, bo komin mógł się w każdej chwili jak weszliśmy we trzech do tego na niego, mógł się obalić w każdej chwili, no a na szczęście się nie obalił, dlatego mogę opowiadać historię. Tak to wyglądało no robót było przeróżnych dziwnych dużo no ale to inna historia. Może wróćmy w góry, mówiłeś wyprawie w Hindukusz. Co tam robiliście, co tam zrobiliście, na co się zdecydowaliście? Wyprawa Hindukusz już była taka nastawiona na konkretny sportowy cel, że mieliśmy zamiar zdobyć jakieś tam siedmiotysięczniki w konkretnej dolinie, poszliśmy w dolinę, w rejonie Barum. Pod 3 ośmiotysięczniki Akher Chaq, Kohe Tez i trzeci już nie pamiętam jak on tam się nazywał. No i zaczęliśmy się wspinać. Była to pierwsze też przygoda z kolei z lodowcami moja i większości zresztą uczestników, bo zaczynaliśmy, większość wtedy zaczynała jeżdżenie dopiero po świecie, więc to wszystko było nowe. Jak sobie przypomnę jak żeśmy przekraczali z niebywałą asekuracją pierwsze szczeliny napotkane, które potem żeśmy po prostu przechodzili tak jakby w ogóle nic tam nie było. Ale pierwsze to z asekuracją, z której no robiło to wrażenie… pierwsze koty za płoty no zawsze jest to jakieś tam wrażenie. Potem człowiek okrzepnie i inaczej do tego podchodzi. No ale to już były góry lodowcowe z wysokością, odczuwało się wysokość, bo to jednak nie było… bo tak do czterech tysięcy to to właśnie na poziomie czterech tysięcy metrów. Odczuwa się to, ale nie przeszkadza specjalnie. Na wysokości siedem, osiem tysięcy metrów, ponad sześć właściwie, już zaczyna się u zdecydowanie mocno odczuwać i nie wszyscy to znoszą dobrze. Jedni się aklimatyzują szybko stosunkowo, szybko zaczynał i czuć się normalnie i zdrowo i nie do końca kiepscy, nie potrafią… organizm nie potrafi się przystosować za bardzo do tych gór wysokich. No i mieliśmy tak, faktycznie była… część uczestników świetnie się czuła, a część gorzej i już taka segregacja od razu się jakaś porobiła. No tam w sumie zdobyliśmy te dwa ośmiotysięczniki, jeszcze z tego parę siedmio… jakichś tam sześciotysięczników, pięciotysięczników po drodze na aklimatyzacyjnie. No i też była taka typowo górska przygoda, że to już wtedy wiedzieliśmy, że, że to góry które z nami. A jak było swoją aklimatyzacją? Jak się czułeś tak wysoko? Powiem szczerze, że jak chodzi o aklimatyzację moją, jako taką, to w zasadzie byłem mile zaskoczony, bo dość łatwo mi przechodziła. Ja w ogóle coś takiego, jak potem już, tak historycznie patrzę na dalsze etapy, nie tylko tej młodości… nie tych pierwszych wyprawach, tylko tych dalszych potem, to miałem coś takiego, że w zasadzie miałem podobne tempo czy na pięciu tysiącach, czy na siedmiu i wyżej. Specjalnie nie nie… to mnie dziwiło, bo na przykład jak szedłem z ludźmi to na na tych niższych wysokościach to mnie odstawiali, ten, a potem tam wysoko gdzieś, to ja ciągle miałem to samo tempo, niezmienione w zasadzie a oni zdecydowanie wolniejsi byli. Na przykład na Shisha Pangmę jak żeśmy wychodzili, to ja wyszedłem w sumie ze trzy godziny po wszystkich, no bo tam było dość dużo historii, może będziemy opowiem jeszcze o tym. A i tak byłem przed nimi na na wierzchołku, bo w sumie czułem się znakomicie i, i… Tak jak mówię nie… nie zmieniałem tempa czy tu czy tu, tempo miałem właśnie to samo. Zanim przejdziemy do wyższych, coraz wyższych gór, to chciałbym jeszcze zapytać, jak poznałeś Jerzego Kukuczkę? Jak się zapisałem do klubu, no to oczywiście jedną z następnych rzeczy było poznawanie ludzi w klubie, Harcerskim Klubie Taternickim. No i na tych pierwszych wyjazdach dowiedziałem się, że jedną z jedną z takich gwiazd w klubie jest Jurek Kukuczka, którego nie było na tych naszych wyjazdach szkoleniowych, na które tam się załapałem na początku. Ale za którymś razem przyszedł do klubu. Powrócił w sam raz jak z centralnego wyjazdu już Polskiego Związku Alpinizmu w Dolomity… chyba w Dolomity to było albo w Alpy, już nie pamiętam dokładnie, ale generalnie w Alpy. No i tam we trójkę zrobili jakąś nową drogę. Opowiadał o tej drodze, jak to tam było i ten… Robiło to na nas piorunujące wrażenie, piorunujące. No ale to to był taki pierwszy kontakt z Jurkiem, potem parę tygodni później miałem... W klubie było następne jakieś tam spotkanie, no i znowuż Jurek wrócił z jakiegoś wyjazdu. No i tam awantura wybuchła na całego, bo na tym wyjeździe przy jakiejś tam drobnej, katastrofie odpadnięciu, gdzieś zgubił czekan klubowy. No i tam była awantura wokół tego że jak mógł mienie klubowe zniszczyć, zdewastować, nie odnalazł i tak dalej, i tak dalej. Walek Nendza i Paweł Pallus prym w tym wiedli, ja tak byłem trochę skonsternowany, bo z jednej strony mówię, no kurde podobało mi się to że, jest dbałość o ten sprzęt, że o to mienie społeczne nasze wszystkich, a z drugiej strony mówię, no trzeba też ważyć sytuację, no to nie była sytuacja taka, że wziął i gdzieś tam olał ten czekan, gdzieś go zostawił na… pijany na dworcu kolejowym, tylko po prostu akcja się toczyła, gdzieś odpadł, czekam poleciał, no co zrobić, no. No skończyło się jakimś kompromisem, że coś tam musiał dopłacić, czy coś, już mniejsza z tym. No ale jakiś taki, jakiś taki, zadra jakaś mi taka została, nie podobało mi się. Potem tak jakoś… No Jurek rzadko nie, nie przychodził na każde zebranie no. Ja byłem zafascynowany, każdą książkę czytałem o tych… od pierwszej do ostatniej strony dopóki nie skończyłem, to się nie położyłem spać. Górską jak dorwałem. A Jurek przychodził czasami do klubu, no bo wyjeżdżał tu już, tam, no i go nie było tak za bardzo też nie za bardzo przepadał za tym, żeby przychodzi stale do klubu na każde spotkanie. Także w sumie poznaliśmy się tak bliżej troszeczkę na wyjeździe do Jaskini Śnieżnej, gdzie tam się ja z kolei znalazłem po raz pierwszy w jaskiniach i też wielkie dla mnie przeżycie, no a Jurek był oczywiście w tej szpicy, która zeszła na sam dół. No i tam żeśmy trochę więcej tam porozmawiali jakoś ten, tak żeśmy się powoli zaczęli poznawać i jakoś to się tak powoli toczyło. w końcu pojawiły się te prace „fasmowskie” no i też Jurek do mnie przyszedł i mówi, mam taki powiedział, że miałem jakąś tam pozycję w organizacji pracy i tych… mówi że, że organizował ma do zorganizowania dobrą robotę, dobrze płatną i niekoniecznie przez FASM, a za gotówkę i że moglibyśmy malować całe osiedle w Zabrzu. Czy bym się nie podjął razem z nim tego robić. No więc oczywiście pieniędzy nigdy za dużo, a wtedy w ogóle było mało pieniędzy. No więc jak najbardziej. Jak najbardziej się nastawiłem na to żeby, żeby… wyraziłem totalną zgodę na to dobra robimy, wchodzimy, jak nie, jak tak. No i żeśmy zaczęli malować te wieżowce i to malowanie nam szło zgrabnie i płynnie paru, chłopaków dobrałem. Zarabialiśmy całkiem przyzwoite pieniądze. Jurek był głównie organizatorem, czasami się na robocie pojawiał. Ja z kolei… znaczy organizatorem od strony tej formalnej, ja całą trzymałem organizację już tą.. samą roboty. No i tam żeśmy zarabiali niezłe pieniądze i tak żeśmy się teraz bliżej, byli coraz bliżej. I pewnego dnia tak mówi, bo mi to bardzo w głowie siedziało, ja tak mówię, Jurek jakbyśmy tak zrobili taki wyjazd do Oceanii? Nowa Zelandia, Oceania? Taki w ogóle nieznany rejon, Australia kurde balans, bylibyśmy tamten, a ten przecież Nowozelandczyk był pierwszy na Evereście, no to duża sprawa by była. Jurek mówi „ja się chętnie piszę na to”, to to robimy. Przez to… No więc ustaliliśmy: Jurek będzie kierownikiem sportowym, ja tradycyjnie organizacyjnym. Zaczęliśmy organizować wyprawę. Nawet nie musieliśmy ogłaszać, bo sami wszyscy się zgłaszali chętnie do tego… także mogliśmy wybierać w składzie kogo wziąć, kogo nie wziąć. Ale robiliśmy oczywiście już przez Klub Wysokogórski tym razem już. wyprawę, no bo i w Klubie Wysokogórskim żeśmy zorganizowali już akcję, też Fundusz Akcji Socjalnej Młodzieży, więc też można było tam zarabiać pieniądze. No a poza tym, to już była najmocniejsza pozycja jeśli chodzi o Polski Związek Alpinizmu, to Klub Wysokogórski Katowice miał tam swoją pozycję już. No i wyprawę żeśmy zorganizowali, trochę ograniczyli bo nie udało nam się niestety na, do tej Oceanii dotrzeć bo, tam jakieś wojny się toczyły wtedy miejscowe i nie udało się nam na piramidę Carstensz [Puncak Jaya] wejść. Natomiast pojechaliśmy do tej Nowej Zelandii i była to wielka przygoda i wspaniałe piękne wspinanie, a oprócz tego, no niebagatelne, jak na tamte czasy zwiedzenie… właściwie wylądowania na drugiej stronie globu dokładnie. No tak jak patrzymy teraz sobie pod nogi no to w zasadzie byśmy mogli zobaczyć tą… przez te ileś tam dziesiątki kilometrów. Dziesiąt tysięcy… nie kilkanaście tysięcy. Czterdzieści tysięcy, to będzie dwanaście tysięcy będzie mniej więcej kilometrów linii prostej stąd. Jak popatrzymy, to będzie ta Nowa Zelandia, było widać, także mieliśmy bilety, udało mi się załatwić, bo tam już wyrobione miałem przeróżne ścieżki, więc mieliśmy bilety, że mogliśmy nawet biznes klasą wędrować, podróżować. I mieliśmy bilet do oka świata. Mogliśmy przelecieć, lecąc z jednej strony na przykład przez Indie, tak jak myśmy polecieli, Indie, Singapur, Tajlandię do Nowej Zelandii mogliśmy wrócić przez Stany Zjednoczone, Kanadę, Europę do Polski lub w drugą stronę z powrotem. Wybraliśmy ten wariat powrotny, bo był bardziej atrakcyjny jest niż przez same Stany przelecieć, z jednym postojem, więc tamten był bardziej atrakcyjny powrót. No ale niemniej jednak mieliśmy możliwość, no powiedzmy sobie w tamtych czasach lecieć biznes klasą to… teraz jest przeżycie, a co tu mówić wtedy. Także no było, było, były to fajne przygody. Same góry wspaniałe do wspinania, przepiękne rejony, przeróżne, bo to łańcuch górski bardzo długi, bo to w sumie z półtora tysiąca kilometrów łącznie. Góry od typowo granitowych, monumentalnych takich pionowych ścian, poprzez typowe alpejskie takie jak Mount Cook, który przypomina absolutnie Alpy nasze europejskie. Długo byliście tam? W samej Nowej Zelandii mieliśmy wizę na dwa miesiące i siedzieliśmy tam prawie całe te dwa miesiące, gdzieś tak pięćdziesiąt parę dni żeśmy tam spędzili w Nowej Zelandii. Zwiedziliśmy od północy do południa, całą przejechaliśmy oczywiście. No i tak jak mówię, no tam żeśmy nawet i nowe drogi zrobili, także to już był wyjazd taki sportowy, bo tam na tym wyjeździe, to był jeszcze i Krzysiek Wielicki, Rysiek Pawłowski, także było kilku już tam, były gwiazdy wspinaczkowe z nami. Też nie była taka wyprawa powiedzmy amatorów początkujących. W jakimś czasie zacząłeś w górach kręcić filmy. Czy możesz mi opowiedzieć o tym jak w ogóle się to stało? Jak się zainteresowałeś kręceniem? Odkąd na uczelni los rzucił mnie do pokoju razem z kolegą, który też miał na imię Rysiek, Rysiek Piotrowski. Który… Z którym mieszkaliśmy w akademiku razem, zaprzyjaźniliśmy się. Potem mnie wyrzucili na chwilę ze studiów, jak wróciłem no to Rysiek w tym czasie został kierownikiem takiej małej komórki pod tytułem „Studencka Agencja Fotograficzna”. No i mówi do mnie, ja miałem w sam raz na uczelni, miałem ksywę „Kuba”, no to mówi: Kuba, może chcesz to będziesz ze mną robił zdjęcia na ten, ten… wiec oczywiście, no i byłem napalony na to i od razu zacząłem uczestniczyć w tym życiu ciemniowym. Najpierw jako jego zastępca, a z czasem on został asystentem, bo szybciej skończył te studia, bo skończył w terminie ja nie. A ja potem zostałem kierownikiem tejże agencji fotograficznej, no i mając sprzęt, ciemnię zacząłem fotografować, a po krótkim czasie… nabrałem ochoty żeby coś też pofilmować i kupiłem, bo się pojawiły takie możliwości, kupiłem kamerę 16 mm Krasnogorsk. No i kamerą już jadąc do Peru, to już kamerę miałem ze sobą i zacząłem filmować i jakieś tam filmiki kręciłem, reportaże już tam z Nowego Jorku, potem z Limy… I tak przyjechałem z tym wszystkim do Machu Picchu… przyjechałem z tym wszystkim wróciłem do Polski. No więc udałem się od razu do telewizji, tam załatwiłem sobie, żeby te firmy wywołali, te 16 milimetrowe. No i zaproponowałem, że dam im reportaże, żeby takich reportaży, które zrobiłem, żeby używali. No wtedy nie było za dużo chętnych, którzy przynosili materiały za darmo do pokazywania w telewizji, więc jak najbardziej byli wielce usatysfakcjonowani, a zresztą też było… ja z jednej strony pokazywałem to co tam sfilmowałem. Uczyłem się przy okazji od razu i montażu, ilustracji muzycznej, słownej, jak to robić wszystko, no bo w profesjonalne ręce od razu trafiłem. Więc to była świetna… świetna lekcja taka dla mnie, no i potem już kamerę jakoś przy sobie zawsze miałem. A z czasem jak doszło do wypraw z Jurkiem, jak żeśmy już to ruszyli, no to jako ta grupa, która miała skonsumować te wszystkie czternaście pozostałych ośmiotysięczników do kompletu, no to Jurek mówił, że oprócz organizacji to jeszcze do mnie będzie należało filmowanie, no i chcąc nie chcąc musiałem zacząć brać sprzęt z telewizji i tym sprzętem filmować. No sprzęt niestety z telewizji był w opłakanym stanie, co nieraz się kończyło tym że część materiału była zniszczona i nie nadawała się do niczego. No ale to to był… to były początki też dla mnie. Z czasem widząc, że to nie wychodzi za dobrze kupiłem cały sprzęt swój i już wtedy… wtedy to materiał jest przyzwoity, który robiłem na kolejnych wyprawach. Kręciłem przy okazji te filmy z tych reportaży z tych wypraw. Jakieś tam nawet udawało mi się nagrody zdobyć na jakiś festiwalach filmów górskich. Nie jakieś wielkie osiągnięcia, powiedzmy sobie szczerze, no to była dodatkowa pasja, którą łączyłem z pasją wspinania się, więc przy tym wszystkim, które mieliśmy do zrobienia: organizacja, załatwianie, pilnowanie klientów, bo mieliśmy ze sobą na wyprawach już klientów zagranicznych, żeby mieć pieniądze, dodatkowe dewizy na te wyprawy. No było co robić, więc oczywiście ten film schodził na ostatni plan, ale coś tam zrealizowaliśmy i trochę jakichś nie najgorszych rzeczy powstało, które tam się gdzieś tam po internecie i kręci teraz. Jak oceniasz kwestię kręcenia filmu w górach? To jest dodatkowy ładunek, który trzeba wnieść, trzeba kręcić. Muszę powiedzieć że kręcenie w górach w tamtych czasach, moich tych czasach, gdy ja kręciłem, to była gehenna, to była naprawdę przez… strasznie ciężka sprawa, bo w chwili obecnej to przypniesz sobie mini kamerę do kasku i sześć godzin masz filmowania non stop, idziesz sobie, to się wszystko nagrywa z dźwiękiem. Tam trzeba było wynieść kamerę pierwsza, która ważyła co najmniej pięć kilogramów, do tego trzeba było mieć ze sobą ileś tam rolek taśmy, przynajmniej dziesięć, no bo to… pięć, dziesięć ale dziesięć rolek taśmy, to jest kolejne cztery kilogramy, no więc jak pięć to to jest dwa kilogramy, no ten bagaż rósł maksy… błyskawicznie. A jeszcze jak się chciało wziąć na przykład statyw ze sobą, żeby jakieś takie stabilne zdjęcia zrobić, no to jest ta waga szła w dziesiątki kilogramów. No i to trzeba było… nikt nie był znowuż taki chętny i skwapliwie… żeby skwapliwie pomagać przy przynoszeniu tego wszystkiego. Więc tym bardziej była to gehenna, co prawda na naszych wyprawach każdy mi pomagał, ale i tak każdy miał ten potężny wysiłek do, do zrobienia i musiał, musiał to przeżyć. Więc stąd, jak się kręciło coś, to trzeba było się najpierw zastanowić, co się nakręci, wybrać plan… A dopiero potem nacisnąć migawkę. Tak samo jak zdjęcia się robiło, to trzeba było przemyśleć, czy warto zrobić to, nie to co teraz wezmę telefon i… czy zrobię serię trzysta zdjęć i moje no to jedno sobie wybiorę z tego. Młodzież specjalnie w tym celuje, a panienki najbardziej, wiem po własnej córce, jak mi każe serię po trzysta zdjęć zrobić. Więc muszę to też robić czasami. Natomiast wtedy myśmy się długo zastanawiali najpierw… nim się nacisnęło migawkę, no bo to znowuż było… Raz że było drogie, te filmy były nawet do aparatu fotograficznego, już nie wspominał o kamerze. A drugie, że trzeba to było nosić i trzeba to było mieć to wszystko ze sobą gdzieś w górach, więc to był zawsze kłopot. Muszę powiedzieć że, tak mi się teraz narzuciło, że nie zauważyłem tego w tamtych czasach, jeszcze jak się wspinaliśmy, ale teraz jak tak po czasie sięgam i tak oglądam, to jestem zdumiony, jak piękne zdjęcia Jurek robił. Zdumiony, naprawdę zdumiony jestem, bo moje wszystkie zdjęcia jakie ja mam najładniejsze zdjęcia, to wszystkie Jurek mi zrobił. Właściwie większość, ale to już pomijam, moje zdjęcia, ale w ogóle zdjęcia wspinaczkowe zdjęcia… sytuacyjne no naprawdę rewelacyjne zdjęcia Jurek robił. Jestem głęboko tym zaskoczony, jak ładne. A właśnie jak wyglądała dostępność takiego sprzętu do filmowania, taśm? Powiedzmy sobie tak, w latach siedemdziesiątych, to używaliśmy głównie sprzętu rosyjskiego i jak się udało no to był NRD-owski, czyli Practica, to już było takim wyższym, dużo wyższym standardem. No ale opierało się wszystko w zasadzie na filmach orwowskich, czyli z NRD, które mają to zabarwienie brunatne, takie lekko… no, no nie jest to ten czysty kolor dopiero. Właśnie tak. My, ja osobiście, zetknąłem się z takim naprawdę dobrym… dobrymi filmami, które chyba największą rolę odgrywały, czyli z Kodakiem i z Fuji, to zetknąłem się w czasie wyjazdu na wyprawę do Nowej Zelandii. Tam właśnie parę filmów takich kupiliśmy, zresztą z Jurkiem też wspólnie i nagle jak zobaczyłem te zdjęcia, które ten to, to nagle mówię „to jest inny świat w ogóle, to jest…”. Już się nie chciało wrócić w ogóle do tego, do już orwo przestało w ogóle nas bawić. Już tylko zostaliśmy przy tych filmach, że lepiej właśnie było znowuż powiedzieć tak, kupuję, bo to nie był wcale tani sprzęt. Ani filmy. Kupuje mało, ale robię na najlepszym materiale. Ale potem to już zaczęliśmy mieć pieniądze, bo ta zarówno dzięki temu, że coś tam przemycaliśmy, zarabialiśmy na turystach, którzy… znaczy na turystach… na wspinaczach, którzy jechali z nami na wyprawy i wpłacali dewizy, więc już trochę tych pieniędzy mieliśmy. Nie były to jakieś oszałamiające pieniądze ale były, już przyzwoite, już, już byliśmy w miarę w miarę… mocni finansowo, jak na tamte czasy patrząc, na pozostałych rodaków, mieszkających w Polsce. I stać nas było na to, żeby sobie kupić dobry aparat fotograficzny japoński. Głównie kupowaliśmy najchętniej to Olympusy, dlatego że to była jedna z najlżejszych lustrzanek małoobrazkowych, a tu każdy gram gra rolę w przynoszeniu, więc lepiej mieć coś mniejszego i lekkiego niż ciężkiego, no. Więc tutaj nam bardzo odpowiadał ten aparat. No do tego obiektywy też miał też przyzwoity, no przez ten, ten to te zdjęcia zaczęły wyglądać, które robiliśmy, zaczęły wyglądać i zupełnie inaczej od tych pierwszych, które były na tych materiałach orwowskich robione. Tak przeczytałem w książce Mój Pionowy Świat Jerzego Kukuczki, że na szczycie Shisha Pangmy Artur Hajzer kręcił kamerą, pamiętającą czasy Drugiej Wojny Światowej, czy to jest prawda? Jak wyglądała kwestia też… Czy były wytrzymałe te sprzęty? kamerę to właśnie… mam cały czas bo tu moja kamera jest, mam cały czas. Ale bo… Gaba! Zuzka zabrała mini kamerę? Nie wiem. Chyba zabrała, coś mi się tak wydaje. No nie pokażę. Coś podejrzewam że córa zabrała do Wiednia, bo traktuje jako, jako relikt taki kurczę. Ja już też zresztą bardzo lubię kamerę, no faktycznie to jest kamera z okresu wojennego jeszcze. I to bardzo porządne sprężynowe kamery, one wszystko wytrzymają. Ale tu coś jest… Jest? A to pokaż ją. Takie małe? Takie małe. Nie bój się zejść tam cię nie ugryzie. Takie? Nie wiem. Pokaż. No, dokładnie. To ta kamera właśnie tu, dwuobiektywowa, można było te obiektywy zmieniać jeszcze, ale zapomniałem jak to się zmienia? Ciup, nie będę zmieniał. Ale to jest ta kamera, ona tutaj jest… ładunki ma wsadzane do... Ta kamera ma… to nie jest taka zwykła całkiem kamera, bo ona ma… jest miniatura… miniaturowa, i ona jest nie na taśmie, na szpulce, tylko kasetę, wsadza się do środka kasetę i kasetą się filmuje. Specjalnie przygotowana do ekstremalnych warunków jak na tamte czasy. Prawie kilogram. Takie maleństwo. Skąd ona się w ogóle wzięła na wyprawie? Dlaczego ona tam była? Szczerze mówiąc nie pamiętam za bardzo, jak ona… nie wiem czy czasami nie przez Gośkę Bilczewską, nie wiem… chociaż ona miała inną kamerę… Ja nie wiem, czy ja jej nie kupiłem czasami w… ja chyba kupiłem w tym... W Londynie kamerę. Chyba kupiłem razem z Bolexem. To dodatkowo wziąłem kamerę, bo właśnie chodziło mi o taką kamerę, żeby była minimalna kamera malutka, do której się właśnie o tutaj... Jak popatrzymy, to tutaj się wsadza ładunek, gotową kasetę. Takie cacko. No jest w sam raz, tylko z tej kamery właśnie, to było najgorsze, bo tylko z tej kamery nam wyszły zdjęcia szczytowe porządne. A coś kręciliście… Bo ja miałam jeszcze drugą kamerę, miałem ze sobą jeszcze kamerę Bolexa z telewizji. I niestety do tej kamery dostawało się gdzieś bokiem światło i ten cały film, który naprawdę miałem piękny materiał tam w tym, tym… wszystko poszło do kosza na śmieci, bo jedna trzecia była totalnie przepalona, a reszta była taka lekko podpalona, no więc nie nadawała się do montażu, do niczego i nawet teraz w obecnych warunkach trudno by było doprowadzić, to już te zdjęcia do… żeby wykorzystać je. Czasami ponieważ one zostały niezniszczone, one te negatywy w telewizji, nawet Paweł Wysoczański w filmie Jurek tam fragmencik mały użył tego filmu z tej z tej kamery. Jest użyty tam, bo jak pamiętam jak oglądałem parę lat temu ten film, no to mówię, no i o bo znalazł ten kawałek. Pamiętasz który to fragment? Co na nim było? Musi… nie pamiętam… musiał… jeszcze musiałbym oglądać ten film jeszcze raz, bo to… to było tak dawno, ja nie lubię wracać za bardzo do filmu, ale pewnie mogę.. mam gdzieś ten film, mogę sięgnąć do niego. A chciałbyś żeby to odnaleźć? Z ciekawości pytam. Ale wiesz, co jak popatrzysz na film, no to gdzieś jak tam będzie o górach, no to tam, w którymś momencie, to się na pewno przy tym czternastym się to pojawi. To jak jesteśmy przy Shisha Pangmie, to może powiemy coś więcej o tej wyprawie? Jak wspominasz? No to… Shisha Pangma, no to dla mnie jeden z najpiękniejszych… Jedno z najpiękniejszych wspomnień, byłem, tak mógł powiedzieć i najważniejszych, bo przez przypadek trochę cufalem udało mi się zapisać na stałe do historii polskiego himalaizmu, wchodząc jako pierwszy Polak na ostatni niezdobyty ośmiotysięcznik przez Polaków, co wyszło zupełnie przypadkiem. I nikt do tego… dopiero w momencie jak zeszliśmy na dół to wszyscy się zorientowali, że Wanda bardzo celowała, że chciała być kobietą, która wejdzie, która zamknie, wchodząc pierwsza na pierwszy ośmiotysięcznik przez Polaków zdobyty i wchodząc na ostatni zdobyty przez Polaków. No i tutaj ja leciutko podgryzłem, powstały różnego rodzaju opowieści. Hajzer opowiadał jak ją, Wandę strącałem z grani żeby być pierwszy. Jurek z kolei przy wieczorku już takim, po zdobyciu, jak siedzieliśmy w messie, to co chwilę padał kolejny po raz enty powtarzane przez Jurka dowcip, jak wyciągał… „a teraz zastanówmy się, kto był pierwszym Polakiem na…” i tam sięgał do tych czternastu klusek i oczywiście łapał kluskę Shisha Pangma „…na tym ośmiotysięczniku”. No już jesteśmy się wesoło zaśmiewali z tego, no bo wiedzieliśmy że Wandzi to sprawia nie nie za dużą przyjemność ta historia. No ale szybko się z tym pogodziła. W końcu to jest statystyczna jakaś historia, a nie a nie żaden fakt taki istotny w dziejach. No ale niemniej jednak jest. A sama wyprawa była to jedna z najprzyjemniejszych wypraw, która mimo że robiliśmy o błyskawicznym termi… tempie, bo faktem jest, że doszliśmy do ogromnej wprawy i robiliśmy te wyprawy w półtora miesiąca. Cały sprzęt wszystko, parę ton przeróżnego sprzętu, od wszystkiego: od chusteczek do nosa, przechodząc patelnię, sznurki i tak dalej, i tak dalej, jedzenie i ten… wszystko mieliśmy zorganizowane w tak krótkim czasie, spakowane, wysłane. Więc duża wprawa w tym już była, no w zasadzie automatycznie to robiliśmy. Ale zebrała się grupa w sam raz bardzo zróżnicowana, bo ludzie byli Ameryki, z Francji, z Ameryki Południowej, ze wszystkich stron świata w sam raz. Możemy powiedzieć. Powiedz śmiało. Ogień. A ogień. Się wytnie. Ludzie byli praktycznie z całego świata i myśmy musieli się tam porozumiewać głównie po angielsku, ale i hiszpański… hiszpański na przykład wszedł na stałe do historii wyprawy Shisha Pangma, bo mieliśmy, byliśmy na wyprawie wyposażeni w sprzęt, w odzież w zasadzie przez firmę Bailo. I łącznie z… do tego doszły czerwone czapeczki z Campa… jakbyśmy zakładali te, zakładali w czwórkę, ta nasza śląska grupa, czyli Jurek, Artur, ja i Janusz Majer ubrani w te mundurki, znaczy te dresy takie z tej firmy i do tego czapeczki z Campa, no to wyglądaliśmy jak krasnale lekko mówiąc, no i Meksykańczyk Carlos Carsolio mówi wy jesteście „pitufy”, bo pitufo, to jest po meksykańsku mówią tak na krasnale. No i byliśmy pitufy. Także to słówko tak się nam zapamiętało. Cztery pitufy. Mówisz o sponsorach. Czy to jest inny sposób też na zdobywanie sprzętu? Organizację wyprawy? Zawsze… zawsze mieliśmy problemy dewizowe. Zawsze dewizy były dla nas największym problemem, bo brakowało ich, bo żeby je zdobyć musieliśmy na przykład, jak jechaliśmy na wyprawę, to raz podjechałem do zakładu w Nowym Targu maluchem z Arturem Hajzerem we dwójkę. Wcześniej byliśmy wspinać się jeszcze w Tatrach, parę dni żeśmy się wspinali w Tatrach, więc dodatkowo jeszcze mieliśmy w tym maluchu wory ze sprzętem wspinaczkowym, z odzieżą, śpiworami i tak dalej i, tak dalej. Podjeżdżamy do fabryki, gdzie… i oni… żeby odebrać buty. które mamy wziąć na wyprawę. I było tego dwieście czterdzieści par butów, o ile dobrze pamiętam, gdzieś mniej więcej taka to była ilość. Mogę to nawet sprawdzić, bo mam to w spisie gdzieś tutaj. Może sprawdzimy to? Wezmę to przyniosę. A przyniosłem tak… sięgnąłem do archiwum i wyciągnąłem teczkę z wyprawy na Lhotse, no i tu sięgamy do sprzętu. Okulary do góry, bo jestem krótkowidzem. A w ogóle, jak chodzi o tego krótkowidza, to taka historia, że miałem zawsze niebywałe problemy z kartą zdrowia sportowca, dlatego że miałem te okulary nieszczęsne, co prawda nie jestem… nie Jestem głęboko upośledzony, ale ten minus dwa, minus dwa i pół momentami mam, jak stawałem na komisji wojskowej… sportowej w Wojewódzkiej Przychodni sportowej, no to mnie odrzucali, bo miałem za słaby wzrok, ja mówię „panie w górach wysokich…”, panie doktorze oczywiście, „…w górach wysokich każdy musi mieć okulary, tam się bez okularów nie da. Także to nie gra roli, czy ja mam gorszy trochę wzrok, czy ten, bo bez okularów każdy… lodowcowych każdy oślepnie i nie będzie nic widział”. Ale pan doktor mówi „no nie, nie mogę, nie mogę, to nie możemy tak zrobić, ale wie pan…”, tak mówi „…ja pamiętam z wojny czasu, jak byliśmy w Anglii, tam tym żołnierzom, którzy byli w desantach, to im dawano takie w gumowych oprawach takie okulary i oni z tym skakali, jakby pan takie okulary przyniósł, to ja bym panu dał wtedy”. No więc w efekcie poszedłem do poradni sportowej w Sosnowcu i tam mi dali. No ale to sięgajmy do tego. No tutaj mamy, jak popatrzymy, to mamy cały tekst, wypisane wszystko, co tu, na każdej wyprawie, co tu trzeba zobaczyć. Sprzęt, obsługa, sirdar, kucharz, pomocnik kucharza, mailer, czyli ten co listy nosi na dół i tam już zbiega z powrotem, oficer łącznikowy i tak dalej, i tak dalej. Kto tu ma zrobić co ten… Wszystko rozpisane. No i tutaj patrzymy co jest do załatwienia, więc buty po nartach sześć par dla pracowników, wiatrochrony sześć par dla pracowników, anilany sześć par i tak dalej, a teraz tragarze wysokościowi. Anilany trzydzieści, buty turystyczne trzydzieści, gogle trzydzieści. Tragarze: buty lekkie siedemdziesiąt, buty, półbuty siedemdziesiat. No jak to wszystko podliczymy, to wychodziło dwieście kilkadziesiąt par butów, które mieliśmy do tego malucha wsadzić. Jak ci z magazynierów… magazynierzy wywieźli te buty przed magazyn i zobaczyli tego malucha do połowy załadowanego, nas dwóch i te buty, które były… w sumie te całe sterta wyglądała większa od tego malucha, mówią „To się nie da załadować, to się nie da”. Ja mówię „A założymy się?” A oni mówią „A o co?”. Ja mówię „Możemy się o wódkę założyć, ja mam… bo ja mogę wam dać te... talony”, bo wtedy były na, na, na bony wódka była. Tak samo jak i mięso bez kości i z kością. I mówię „To ja wam mogę dać, bo ja wódki nie piję, możecie sobie to wziąć jak, jak, jak, jak nie spakuję. A jak spakuję, to wy mi dacie”. „Nie, nie, nie, to się nie założymy”. Góralska chciwość zwyciężyła. No i to wyglądało to na tym, że oczywiście każda para butów wyciągnięta z kartonu, powoli wsadzana najpierw u pana w bagażniku, potem wory całe i na bagażnik, na dachowy nałożone. No ale ciągle tych butów było mnóstwo. A następne buty to tak, Artur wsiadł do tyłu w maluchu, siedział na tyle i ja go po kolei obkładałem tymi butami, tak że miał tylko dziurę taką, że mógł widzieć co jest z przodu, po czym włożyłem jeszcze założone siedzenie z boku, całe zostało, po czym ja siadłem i ostatnie parę butów przez okno mi wsadzili. Ja je tutaj na kolanach. No i wszystkie co do sztuki weszły te buty i potem dwieście kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy. No dwieście chyba dwadzieścia kilometrów do Katowic. Do magazynu, który to… stamtąd gdzieś koło było. Jechaliśmy tak na każdym zakręcie opony ocierały się o błotniki, bo tak był dociążony balon. No ale dało się przewieźć to, i tak żeśmy to wozili wszystko. No więc ten sprzęt mieliśmy i ten sprzęt albo sprzedawaliśmy, albo były wyprawy takie jak na przykład wyprawa na… zimowa na Annapurnę, gdzie faktycznie oprócz płacenia, to tym porterom wysokościowym, którzy doszli do bazy, dawaliśmy sprzęt, no i w tych butach maszerowali no bo, śnieg leżał i nie… nie chcieli inaczej iść. No więc to były różnego rodzaju sposoby na to żeby te pieniądze zarobić, ale to było zawsze kłopotliwe… Zdecydowanie łagodniejsze i przyjemniejsze dla nas było jak mogliśmy wziąć paru klientów z Zachodu, którzy nam płacili po te, śmieszne teraz jak popatrzymy na to, to mówi że… oni za darmo jeździ… jeździli. Zapłacił dwa, dwa i pół tysiąca dolarów i jechał z nami na wyprawę. W sumie jechał jednym z najlepszych teamów na świecie za dwa tysiące ten… I to w efekcie kto był tymi wspinaczami, którzy jechali klientami. Zazwyczaj ludzie biedni, którzy większość z nich na przykład z Anglii, to byli na socjalu. Z tychże pieniędzy im wystarczyło, żeby z nami się załapać na taką wyprawę. No w chwili obecnej to się robi tak, że i u nas podobna sytuacja zaczyna się powoli tworzyć. Tak to już, tak to już się porobiło. Więc dlatego dla nas ci klienci dewizowi byli ważni, no bo nam ułatwiali jednak życie, nie musieliśmy tego targać, kupować, tłumaczyć się, rozliczać potem i tak dalej, i tak dalej. Czy taką osobą był Jacek Pałkiewicz na wyprawie na Annapurnę? No jedną z… jedną z takich osób. No mieliśmy różnych tych klientów, bo mieliśmy klientów zarówno z Europy, jak i już wspominałem, jak i ze Stanów Zjednoczonych, tam Steve Untch był takim bardzo dobrym wspinaczem. Ekwadorczycy, Meksykańczycy, no mieliśmy takie zróżnicowane… Włosi. Ale jednym z nich był też Jacek Pałkiewicz. No Jacek Pałkiewicz, no lubi rozgłos i lubi spróbować wszystkiego lubił, w związku z czym wyhaczył Jurka, że chętnie by pojechał z nami na wyprawę. Zimową na Annapurnę. No i tak się złożyło, że on… nam oczywiście to pasowało, bo wpłacił konkretne pieniądze, które nam ułatwiały organizację wyprawy, a szczególnie że to było… bardzo napięty czas, bo w sumie wróciliśmy z Manaslu, wróciliśmy koniec listopada, ostatni listopada, a w pierwszych dniach grudnia już żeśmy wyjechali na następną wyprawę… znaczy w ostatnich dniach grudnia pojechaliśmy na następną wyprawę. Więc to było szaleństwo w ogóle, jak chodzi o czas organizacji. Więc każdy pieniądz się liczył, bo powiedzmy tak no. To jest tak. Politycy. To jest osobny rozdział wszędzie. Oni się nie zmieniają, tacy sami głupi, głupi jak buty, ale tacy są. I na przykład wylądowałem… Zaraz… Spróbowałem załatwić pieniądze na wyprawę, dotację albo w ogóle jakieś możliwości, żeby jakoś dostać pomoc ze strony premiera na organizację wyprawy. I wylądowałem tam u jednego z doradców głównych, no i właściwie z nimi mówię „Wie pan, no potrzebujemy tak… wie pan czasy się zmieniają. My... nas jesteśmy pod ostrym okiem kontroli społecznej. My nie możemy sobie pozwolić na żadne te…”. Ja słucham go tak, słuchaj mówię, „No świetnie, wszystko to rozumiem doskonale”. I w końcu mówię „Wie pan co, ja panu powiem, tak jak to zrobimy, żeby to było prosto i żeby to nie było ten… Pan nam napisze tylko takie pismo, że urząd Rady Ministrów z każdej strony popiera nasz wyjazd na ten… i taki tam pięć-sześć zdań takich tych, ja tam podyktuje sekretarce i pan tu podpisze tylko ten i nic więcej od pana nie potrzebuję”. „No, to tyle to ja panu mogę pomóc załatwić”. No ale jak ja takie pismo miałem, tak poszedłem do linii lotniczych z takim pismem, poszedłem pokazałem mówię „Tu premier jest…”, żeby był zainteresowany, to w 5 minut mieliśmy wszystkie zgody i za darmo transport do Indii na cały nasz bagaż. Także można było załatwiać w sposób logiczny rzeczy, tak samo jak i teraz. Pewnie teraz jeszcze łatwiej jest ten… Ciekawi mnie historia też wyprawy… A czekaj bo o Pałkiewiczu żeśmy nie skończyli w ogóle. To tak, to możemy kontynuować o Pałkiewiczu. No w każdym razie, jak to chcesz ? nie. W każdym razie. Wybraliśmy się z Jurkiem do Jacka Pałkiewicza do Włoch, ale to nie będę tej historii krokodyla opowiadał, to chyba bez sensu. Myślę że jak masz ochotę to nie zaszkodzi. Dobra. W każdym razie wybraliśmy się z do Jacka z Jurkiem. Przyjechaliśmy do niego do domu. W Belluno mieszka w ładnej miejscowości takiej, niedaleko Trento. Fajny taki dwupoziomowy, dwupiętrowy dom… willę taką włoską, w typowym włoskim stylu ma. Nie wiem czy teraz tam dalej mieszka, czy gdzie indziej, no ale pewnie mieszka w tym samym miejscu. No i myśmy tam wylądowali u niego na… w tych w podpiwniczeniu takim wysokim. I tam sobie spaliśmy. Mieliśmy tam łazienkę. Pamiętam do tej pory jakie wrażenie na mnie zrobiły kafle. które tam były w tej łazience, bo były takie kafle. Koloru takiego niebieskiego, niebieskie, azzurro takie. Z takimi… nakrapiane tak, że wyglądało jak bąbelki wody. I one tak mi się te kafle podobały strasznie mówię „Boże jakie piękne oni tu mają kafle. Gdzie to był… kiedy to takie coś będziemy mieli?”. No. Ale w każdym razie. Toczyliśmy rozmowy i negocjacje tam z Jackiem, jak to wszystko zrobimy, ten cały wyjazd, no i było tak, że my z tego, z tego podpiwniczenia wyszliśmy na poddasze z kolei, pomijając parter i pierwsze piętro, gdzie Jacek miał swoje mieszkanie, a na drugim piętrze nad tym poddaszu miał tam takie biuro. Po drodze idąc, no to się mijało całe sterty przeróżnego rodzaju pamiątek z wyjazdów, które tam zdobiły te ściany jak dzidy, jakieś maski. No to samo co i w naszych mieszkaniach, dokładnie te same historie. No i między innymi wypatrzyłem takiego krokodyla dmuchanego… wysuszonego. Jezu jak to się? Wypchanego? Wypchanego krokodyla właśnie. No i patrzę i to tak wypchany krokodyl mówię „Ooo…”. A wcześniej jeszcze… Jacek w tym czasie, jak oglądaliśmy to co on tam robi, on zaś miał tak zwaną Scuola Supro Vivenze, która zajmowała się uczeniem samoobrony w razie trudnych sytuacji. No i między innymi tam były przeróżne historie, dobre rady typu, że jak cię napadną, to nie krzycz, że cię napadli, tylko krzycz, że pożar, no to przyjdą ugasić pożar albo go oglądać, a jak usłyszą, że napad, to uciekną też sami i tak dalej, i tak dalej. Jak kobietę gwałcą, to niech udaje, że jej przyjemnie, to może jej nie zabiją. No takie tam duże… różne rady były powypisywane. No i… a na pierwszej stronie tej taki był Jacek, który w błocie tam siedzi, w jakiejś dżungli i taki krokodyl mały go tam w szyję gryzie. Walczy z tym krokodylem, który chcę go zaatakować. Ja mówię „o cholera”. No ale w każdym razie wchodzę na górę patrzę taki wypchany mały krokodyl. Wziąłem go tak do ręki, tak se oglądam, oglądam, tak… ale se tak… nie wiedząc dlaczego przyłożyłem do szyi, że niby walczę z nim. I ja nagle mówię, że już wiem skąd on ma to zdjęcie. W sam raz Jacek idzie na górę. Ja mówię „Jacek to ten krokodyl z tego… z tego zdjęcia twojego, z tej reklamówki?”. „Tak, tak, tak, to on jest”. Ja mówię… i tak mówię „Ciekawe czy najpierw go wypchał, czy najpierw go zabił”. Ale już to zostawiłem bez… nie zadawałem tego pytania. No ale w każdym razie dogadaliśmy się z Jackiem, co prawda żona była przerażona „Gdzie wy go panowie bierzecie? Tam może zginąć” i tak dalej, i tak dalej. Ale Jacek niewzruszony jedzie, kurczę, on chce zdobywać góry wysokie. No to ja mówię „No to dobra, no to jedź”. No to… znaczy „Jedziemy”. No już poszedł z nami, karawanę jakoś przeszedł dzielnie. Doszedł do bazy mówi „Panowie, ja się nie najlepiej czuję, ja to jutro wyjeżdżam”. No to… ale musimy sobie pamiątkowe zdjęcia różne porobić. No i poszliśmy na lodowiec, tam na lodowiec się ubrał on, Jurek, że tam razem tam z linami i z tym sprzętem. No tam porobiliśmy parę zdjęć takich właśnie, takich, parę zdjęć innych. Potem mówi „Teraz dynamiczne portrety mi tu porobisz”. No i wziął tam dwa dziobaki, podszedł do pierwszej lepszej takiej pionowej, w miarę uskoku lodowego, no i wbijał tam agresywnie te dziobaki. Kazał mi zdjęcia robić, pokrzykiwał przy tym. Porobiłem te zdjęcia, potem okazało się, że te zdjęcia faktycznie, kurde, były kapitalne i oddawały akcje miło. Ja mówię se „Jaki ja jestem malutki, że ja takich zdjęć nie potrafię… sam wpaść na to, że takie zdjęcie robić”. Tak to jest z reklamą. Trzeba umieć reklamować i sprzedawać. Chciałbym żebyś opowiedział coś o wyprawie na południową ścianę Annapurny w osiemdziesiątym ósmym, w której brałeś udział. Po Shisha Pangmie, po zdobyciu tych wszystkich czternastu ośmiotysięczników przez Jurka, zainteresowanie Jurka osobą było bardzo duże, już nie tylko w Polsce, ale na całym świecie i chętnych na wyjazd z nami było dość dużo. I tak Jurek mówi „To może zrobimy nawet południową ścianę Annapurny? Tak gdzieś nie za wysoko, nie za długo karawana, żeby była”, żeśmy zdecydowali dobra, no to jedziemy na Annapurnę południową. Szybko się zebrał zespół. I to jak zwykle tak było, że większość to stanowili ludzie z Zachodu ,a tylko myśmy stanowili, tylko ten trzon, grupę, czyli Jurek, Artur, ja, Janusz, która były… i tam jeszcze doktor Korniszewski, która stanowiła ten trzon organizacyjny tego wyjazdu. No i to w sumie. Bardzo ciek… trochę inna wyprawa niż każda inna, chociażby z tego powodu, że baza znajduje się, nie jak za zwykle na wsi wśród kamieni na morenie, tylko na pięknej, zielonej, trawiastej łące, na której się barany pasły, czyli się można było poczuć jakby na halach w Tatrach. Piękne miejsce, naprawdę urocze. Zespół był bardzo wymieszany, mieliśmy tam dodatkowe pieniądze, między innymi od Niemców, którzy prowadzili badania nad wpływem witamin E i... D na aklimatyzację. Więc to była też jakaś nowinka. Część była karmiona witaminami, część była karmiona placebo i oni tam tylko wiedzieli, kto czym jest karmiony i obserwowali jak następuje wzrost, jak szybko się człowiek aklimatyzuje i to głównie się okazywało na podstawie tego, jak szybko wzrasta ilość czerwonych krwinek w organizmie. No i teraz każdy chciał być oczywiście.. nikt nie chciał placebo, każdy chciał mieć te witaminy. No ale nie wszyscy dostawali. Mi się wydaje, że ja chyba dostawałem jednak witaminy. A właściwie nawet muszę kiedyś… muszę przepytać się Irenę, co, co ja miałam, bo nie zadałem tego pytania nigdy, ale wydaje mi się, że chyba miałem witaminy jednak, bo, bo… dobrze się czułem tam na wysokościach. No ale wyprawa była, jaka była no, rządziła się swoimi prawami. W sumie przez to, że baza była taka na łące rozkwieconej, to był inny problem, to znaczy było znowu daleko. Trzeba było… jeszcze jedną trzeba by było założyć, oprócz bazy, bazę wysuniętą o kolejny dzień drogi, żeby, żeby dojść gdzie się tylko spędzało w zasadzie noc idąc do góry. No ale nazwaliśmy ją, ze względu na tym, że to była jeszcze prawie bez kontaktu ze śniegiem, pod pięć tysięcy metrów, ale bez śniegu jeszcze, no więc nazywaliśmy bazą wysuniętą. I dopiero potem zaczyna się tam wspinaczka. I zdecydowaliśmy się, że nie pójdziemy czołem ściany, główną ścianą, tylko bardziej prawą stroną ze względu na to, że ścianą, zasadniczą od głównego wierzchołka, cały czas schodzą lawiny kamienne, kamienie pojedyncze latają, nie dopiero co tam dwa lata temu wcześniej zabił… zginął właśnie od takiego kamienia zginął Alex MacIntyre, wspinacz, z którym się Jurek wspinał na paru wyprawach razem z Wojtkiem Kurtyką. Ja też tam się z nim tam poznałem przy okazji wyprawy na Makalu. No więc zdecydowaliśmy, że pójdziemy bardziej prawą stroną, czyli do wierzchołka wschodniego i dopiero potem do wierzchołka głównego. No i tak się toczyła akcja dość spokojnie, nie nerwowo, nic się nie działo specjalnie. Raz mieliśmy potężną lawinę, która… będąc w obozie pierwszym, zeszła potężna lawina ścianą, taką że normalnie namioty nam poprzewracało, a czoło lawiny było... No dobre pół kilometra od nas. Zatrzymało się. Ale taki był podmuch niesamowity. Do tej pory jak sobie przypomnę, to groza bierze, bo nie wiesz czy uciekać, czy nie no bo… A i tak wiesz, że nie uciekniesz, bo już za, za, za… nie ma nie… daleko nie zdążysz uciec, a to leci, pędzi na ciebie. No ale tylko podmuch dotarł. Bardzo solidny. W każdym razie akcja toczyła się… dość szybko szła i tu mi się wydaje, że to był właśnie jeden z błędów, który potem… przez który zginął.. znaczy może błędów… może ochota szybkiego zakończenia wyprawy spowodowała to, że doszło do tego wypadku śmiertelnego, że zginął Ramiro Navarette, że w sumie Jurek z Arturem weszli dość szybko na szczyt i w zasadzie tacy byli trochę gotowi już, żeby jak najszybciej wyprawę zamykać i wszyscy nagle dostali takiego małpiego rozumu i pędu, że też muszą wejść, ale co weźmy pod uwagę, że Jurek, Artur mieli dużo lepszą aklimatyzację, czy ja też jeszcze miałem dobrą, bo w sumie byłem też po tej Shisha Pangmie nie tak dawno… Niż reszta, która była dość świeża i ja jeszcze... Jak Jurek wchodził z Arturem… ścianą wchodzili, to ja jako asekuracja na sześć i pół tysiąca metrów, na sześć sześćset chyba, obóz drugi, czekałem na nich przez cztery dni zejdą. W międzyczasie tam się przewijali ludzie przez ten obóz. Zeszli i w zasadzie tak już wszyscy zaczęli czuć, że ta wyprawa się niedługo skończy i takiego małpiego rozumu dostają, żeby, żeby wejść na górę. Ja, raz że siedziałem tam cztery, pięć dni, więc… a w sumie siedem dni od wyjścia z bazy, więc już tak raczej myślałem, że zejdę jednak na dół i potem jak coś to na drugi raz wyjdę, z drugą grupą. Natomiast Janusz i ten szczególnie Ramiro, jemu zależało bardzo na tym, żeby jak najszybciej wejść na górę, żeby zaliczyć ten ośmiotysięcznik, bo obiecali mu w Ministerstwie, że jeżeli wejdzie na ośmiotysięcznik drugi, to będzie najlepszym wspinaczem w Ameryce Południowej i dostanie od rządu dom. No więc jemu strasznie na tym zależało, na tym wejściu, żeby jak najszybciej wyjść. A ja z kolei z nim miałem bardzo przykre przygody na Shisha Pangmie, gdy w sumie w drodze powrotnej, nagle zasłabł i w zasadzie ja go musiałem mobilizować do zejścia, obijając czekanem, żeby wstał i szedł, bo nie chciał iść. Chciał siąść, no to odpocznie, że on chce ten… a ja wiem, czym to się kończy, jak się chce odpocząć, to nie odpoczniesz, bo nie odpoczywasz na dużej wysokości, tylko słabniesz. No więc go tam dźgałem tym czekaniem, popędzałem i tak powoli szedł powoli, jak już zszedł na te poniżej sześciu i pół tysiąca metrów, znaczy właśnie siedmiu tysięcy metrów poniżej, który zaczął dochodzić do siebie z powrotem. No bo tam już z każdym krokiem było stromsze zejście, no więc z każdym krokiem coraz więcej tego powietrza i już było widać niedaleko ten… bazę, więc nabrał ochoty do życia. A tak to by czekał na… wiadomo na śmierć by czekał. Więc ja tak mówię przy tej aklimatyzacji, jak widziałem, jak oni chodzą… gdy ja spokojnie ich wyprzedzałem wszędzie, niosąc jeszcze dodatkowy sprzęt filmowy, no to wiadomo było, że w kiepskiej formie. A tam bardzo długa grań do przejścia jest. No ale oni się zdecydowali, ja mówię Janusz spokojnie może ten… Nie, nie, nie. No i poszli, no i tak to się skończyło. Myśmy zeszli na dół i tak jak przewidywałem jeszcze dobrze żeśmy nie zeszli, a już prawie trzeba było organizować akcje ratunkową, żeby, żeby ich ściągać z góry. Ledwo żeśmy zeszli, wykąpali się ten, a tu już telefon, że Ramiro zginął, Janusz z odmrożeniami. Szczególnie Pancho idą z odmrożeniami w kiepskim stanie. No i Artur zaraz wyszedł ze Stevem, weszli, weszli we dwójkę w pierwsz…. jako pierwsza grupa na pomoc. W górach była jeszcze, i tak jeden zespół jeszcze był tam. Więc się od razu znalazł do pomocy. No i ja z doktorem wyszedłem parę godzin później, no bo doktor się musiał przygotować do wyjścia, że na wszelki wypadek mieć wszystko, co potrzebuje, gdyby było trzeba jakąś operację przeprowadzić, czy coś. No w sumie jak zeszli już tam niżej, no to okazało się, że nie w takiej złej formie. Znaczy Janusz w stosunkowo niezłej, natomiast no Pancho był w kiepskiej w tej formie, ale był na tyle jeszcze, tenże sprowadziliśmy go do… w ciągu dwóch dni sprowadziliśmy go do bazy, no i potem z bazy częściowo na koszu go portersi znosili, żeby… Odmówiło mu… organizm odmówił mu posłuszeństwa i nie miał siły. A po dwóch dniach, do jakoś tam tej karawany doszli do siebie już, potem już schodził sam. No ale to, tak mi się wydaje, że największy błąd to był to, że nie… Nie uwzględniliśmy tego że, lub nie wymusiliśmy tego, że jeszcze w za słabej formie aklimatyzacyjnej ludzie i puściliś… Jurek ich puścił, czy razem ich puściliśmy do góry, żeby poszli. Wydaje mi się, że oczywiście retrospektywnie też patrząc, że rozsądniej było powiedzieć przenocujcie tutaj, zejdźcie na dół jeszcze raz i potem na następny raz idziecie do góry. Tydzień dłużej posiedzimy, ale macie dużo większą bezpieczną… poczucie bezpieczeństwa wejścia na górę. No ja bym wtedy też poszedł chętnie już, ale tak to, no niestety, może stety, niestety… w górach zazwyczaj przyjmowałem sytuację… znaczy pozycję stratega, to znaczy, jak nie czułem się pewny, że wszystko wyjdzie, to wolałem nie ryzykować. Nie miałem tutaj tak… oczywiście ryzykowałem, bo to się ryzykuje, ciągle się ryzykuje, przechodząc przez mostek się ryzykujesz, że wpadniesz lub nie wpadniesz do tego… mostka. Może założyli, może nie założyli linę asekuracyjną. Jak jest kiepsko założona, to i tak polecisz i tak, i tak dalej, i tak dalej. Ryzyko jest cały czas, ale jest ryzyko krótkotrwałe i długotrwałe ryzyko, które się ciągnie godzinami. Jak takie wyjście słabą aklimatyzacja… aklimatyzacją do góry, to to jest długo rozciągnięte w czasie ryzyko, które cały czas zwiększa się i szansa na to, że coś się stanie zwielokrotnia się. Jak jest krótkie przejście przez jakiś most czy coś, dwa kroki, cyk, i po sprawie. Udało się lub nie udało się. Tak samo jak przy wyprzedzaniu samochodem pod górkę. Ra… dziesięć razy się uda, dwadzieścia razy się uda, trzydziesty raz się zderzysz. Z przeciwnikiem. No także tu jest to samo. No ale… tak, tak, to… tak to ta wyprawa przebiegała. Trochę za nerwowa i to mi się to wydaje tak, że no była to niepotrzebna śmierć, na pewno niepotrzebna śmierć, trochę szkoda. Szczególnie że Ramiro był bardzo przyzwoitym, bardzo fajnym człowiekiem, no ale… Ale to jest też, z drugiej strony trzeba to powiedzieć. Pieniądz mu trochę przesłonił... Postrzeganie. Taka to była wyprawa. Bardzo często mówisz o organizowaniu rzeczy na wyprawy, organizowaniu wypraw. Ciekawi mnie jak z twojej perspektywy zmieniła się organizacja po też zmianie systemowej. Czy coś się zmieniło w tym temacie? Jak popatrzymy sobie na czasy, gdy myśmy organizowali wyprawy, a gdy te wyprawy organizowane obecnie, no to jest to… to zupełnie dwa inne światy. Znaczy, my teraz, znaczy my.. ci co jeżdżą na wyprawy teraz, to organizują wyprawy tak, jak na zachodzie organizowane. Masz krótki, urlop krótki czas, masz pieniądze, wykładasz pieniądze i przychodzisz. Miejscowi ci organizują transport, wszystko masz przygotowane, idziesz po prostu dochodzisz. Już nie mówię o turystach, którzy tam, że mają… na Everest idą i tam mają pozakładane poręcze, liny, tlen im niosą i tak dalej, i tak dalej, ale o tych, którzy po prostu dojście do bazy mają zapewnione, przygotowane wszystko i dochodzą faktycznie, że od razu zaczynają akcję górską, bez tego spędzonego czasu na ten czas organizacyjny, że organizacyjnie zbierają tylko najważniejsze te rzeczy, których nie można tam załatwić lub które chcecie mieć swoje. Przedtem trzeba było wszystko mieć swoje. No bo nas nie było za stać na… taki właśnie dewizowy sposób załatwiania wyprawy. No była to przygoda życia, ale ta przygoda życia potem zaprocentowała, bo powiedzmy jak weszliśmy, jak zmienił się system w Polsce, władza i system, nagle się stało wszystko możliwe, to my byliśmy przygotowani do tego żeby działać. Mieliśmy umiejętności, wiedzieliśmy jak rozmawiać o biznesie, jak z kim rozmawiać. Jak zrobić biznesplan i tak dalej. To wszystko mieliśmy już przećwiczone, więc było to dla nas dużo łatwiejsze i mieliśmy duży handicap i wyprzedzenie w stosunku do tych, którzy dopiero zaczynali i to były dla nas… no to szczęśliwe chwile też, że tak.. w tym a nie innym czasie się urodziliśmy. A wyjeżdżałeś jeszcze w latach dziewięćdziesiątych? W latach dziewięćdziesiątych jeszcze też wyjeżdżałem. Były to już takie, typowa wyprawa to jeszcze była w dziewięćdziesiątym… drugim? Dziewięćdziesiątym drugim? Tak, dziewięćdziesiątym drugim. Na… w Gasherbrum z Krzyśkiem Wielickim i to była jesz…. to była chyba, to już była w zasadzie ostatnia wyprawa, bo na powiedzmy McKinley’a to jest, to był wyjazd raczej, a nie wyprawa. I to była już ostatnia… i ona jeszcze była robiona tak w starym stylu. Czyli wszystko z Polski przywiezione. Jak najmniej… zresztą Pakistan w ogóle jest specyficzny, bo jadąc w Nepal, do Nepalu, wszystko można kupić w Katmandu. Jadąc do Pakistanu, Karakorum czy Himalaje, tam Nanga Parbat te rejony, w Islamabadzie i w tych górskich miejscowościach nic nie kupisz właśnie ze sprzętu wspinaczkowego, w ogóle nie ma czegoś takiego. Konserw nie kupisz i tak dalej, i tak dalej, więc tam trzeba przejechać, na wyprawy Karakorum i Himalaje Zachodnie, trzeba jechać z pełnym ekwipunkiem ze swojego kraju. Natomiast jak chodzi o Nepal, to wręcz odwrotnie, najlepiej jechać z plecakiem osobistych rzeczy, które potrzebujesz i na tym zamykać sprawę, a resztę wszystko masz na miejscu. Także wygląda ten świat, wygląda zasadniczo inaczej. Szczególnie w Nepalu. I przestałeś wyjeżdżać? No przyszedł czas, że ma się swoje lata, to jest po pierwsze. Po drugie, jak tyle ludzi nagle poginęło, to jakoś tak trochę… Może trochę serca brakło do tego. A poza tym, to było tak, że po tej wyprawie nieszczęsnej, na której Jurek zginął, po tym Lhotse, w międzyczasie Janusz z Arturem zaczęli organizować działalność gospodarczą już tu w Polsce. Przyjechałem też się rzuciłem w wir organizowania tego wszystkiego i wyglądało to tak, że jeździliśmy do firm, które nas sponsorowały, przed laty, i na przykład przyjeżdżam do kogoś tam, na przykład weźmy do Albrechta von Dewitza, i mówię „Wiesz Albrecht, my tu taki sklep otworzyliśmy ze sprzętem alpinistycznym, sprzedajemy pod naszymi nazwiskami jest to firmowane. Cała Polska o tym wie, przyjeżdżają nawet ze Szczecina do naszego sklepu, żeby kupić sprzęt. My będziemy rozwijali sieć, tych sklepów, żeby większy, może zaczniemy, zajmiemy się produkcją, ale my będziemy to tylko pilnować, doglądać, a sami będziemy jechać, jeździć w góry. Nie będzie tak, że my osiądziemy w tym biznesie, tylko będziemy jeździć góry, to co robiliśmy dalej trzeba… to będziemy robić”. I zazwyczaj to się kończy tak: „Aha, no tak, oczywiście! Wy będziecie jeździć w góry, biznes się sam załatwi. Tak, tak. Ale co chcesz, to my ci damy, nie ma problemu”. Zarówno taka rozmowa była, zarówno wyglądała tak w Campie, w VauDe i innych firmach, w których żeśmy rozmawiali. Zazwyczaj wszyscy przychodzili i wysłuchiwali tej opowiastki o tych bohaterskich wyczynach, które będziemy robili i się śmiali z tego. No i okazało się, że niestety, to oni mieli rację nie my, bo po krótkim okresie czasu.. To myśmy zaczęli sponsorować i dawać jakieś tam sprzęt, wyposażenie uczestnikom wypraw, niż sami uczestniczyli. A jak… zaczęto… Artur się zdecydował uczestniczyć mocno w wyprawach czy Krzysiek Wielicki, to jak to się skończyło, to my dokładnie wiemy, że biznes podupadał i się rozpadał w efekcie. To się niestety trzeba przyjąć strategię albo to, albo to. Połączyć dwóch rzeczy takich, gdzie rządzi się firmami i jednocześnie jeździ na wyprawy i ma czas na to wszystko, to jest dość trudne do zrealizowania. Dla mnie za trudne na przykład i ja już zostałem przy tym biznesie, no i jakoś tam egzystuję, no. Ale wyprawy niestety wypadły tylko, jak już to prosto zza biurka na jakiś trekking wyjeżdżałem i też wszystko. Powiedz mi po pierwsze czy jeszcze masz siły odpowiadać czy jeszcze… Tak, możemy i parę godzin jeszcze Tak? Jak chcecie to możemy zrobić przerwę i ten wy się napijecie już coś spokojnie. Jak wy sobie życzycie. Ja to jestem zluzowany. Możemy rozmawiać dalej, baterie mamy? No to może wrócimy jeszcze… No dobra. O Tatrach może, o tym jak zaczynałeś w Tatrach może coś opowiedz. A to... Smętne opowieści. Jeżeli chcesz. No nie no przecież wiesz, nie ma tematów tabu, także to jest no luzie zupełnie. W momencie jak zapisałem się do klubu, Harcerskiego Klubu Taternickiego, to moim pierwszym marzeniem, to było tak oprócz jak już wyjechałem na skałki, miałem pierwszy kontakt z liną, prawdziwą liną alpinistyczną. Zjazd pierwszy ze skały wysoki na dwadzieścia metrów w przepaść na tej linie, i nic się nie stało, potem wyprusikowanie na tejże linie do samej góry. No to były niezapomniane wspomnienia, ale do tej pory, do tej pory pamiętam uczucia… tego jesiennego wyjazdu, pierwszych kontaktów ze ścianą… Przejmujące, przejmujące to było naprawdę. Tym bardziej, że cały czas marzyłem o tym, więc tym większe, bo to było dla mnie takie przeżycie. Ale oczywiście cały czas myślałam o tym, żeby w te Tatry pojechać, bo byłem do tej pory w Tatrach turystycznie, więc jak już zacząłem wiedzieć na czym polega asekuracja no to, no chcę tam pojechać w te Tatry w ten… A to nie było łatwo, bo na uczelni to... szczególnie technicznej, na Politechnice, wcale za lekko nie było. Ja nie byłem wybitnie zdolny taki, co tylko popatrzy i już wszystko umie, tylko musiałem ryć to nocami, więc miałem dość tej nauki. Bida była do tego, to też się nie powodziło za dobrze, że nie było wszystko stać i tylko jak przychodziła sesja, no to w czasie sesji, jak udało się zdać w miarę stosunkowo szybko na szczęście pierwszą sesję, no to mogłem na chwilę pojechać w Tatry, powspinać się troszeczkę, spróbować jak to wygląda. Oczywiście pierwsze drogi, no to, to, to były pierwsze koty za płoty, jakieś tam drogi trójkowe, czwórkowe, takie żeby się obłazić, żeby poznać, co to jest wszystko. No a potem to już zaczęły się wyjazdy. Latem wyjechałem już po raz pierwszy za granicę. Na Słowację. Czyli wtedy Czechosłowację. To o czym wspominałem jest ta wielka… wielki wyczyn, wielka wyprawa. Nawet teraz takie, jak piszę książkę, to nawet dzisiaj takie obrabiałem zdjęcie właśnie z tego wyjazdu. Bardzo ładne zdjęcie, takie bardzo mi się podoba takie malarskie. Jak zacząłem się,,, w tych górach zacząłem się teraz jakoś tam intensywniej wspinać. Zimą w siedemdziesiątym... Jezu, który to był rok? To nie był siedemdziesiąty piąty…. W siedemdziesiątym trzecim roku. Zimą w siedemdziesiątym trzecim roku, w marcu, ponieważ miałem dość dużo czasu, w marcu siedziałem w Tatrach prawie cały miesiąc i się wspinaliśmy. Tam przyjechała… przyjechałem po raz drugi w Tatry. Po zdaniu jakiegoś tam zaliczenia, z grupką paru wspinaczy od nas z klubu harcerskiego taternickiego. Był tam Andrzej Smól, osiemnastolatek wtedy jeszcze, niepełne osiemnaście lat miał, Andrzej Olszewski, z którym byliśmy właśnie cały czas bardzo blisko. Jako koledzy. No i jeszcze parę osób z klubu dojeżdżało innymi środkami lokomocji, wylądowaliśmy wszyscy w Morskim Oku. No i pogoda była taka sobie. Ale to ciężko mi historię… nie to nie on się kiepsko… bo ona się źle opowiada. Wiesz co, ja nie mam zahamowań żadnych, tylko czasami jest tak, że jakiś temat się nie układa w opowieść dobrą w danym momencie. To możemy spróbować… Wiesz, raz się go opowiada dobrze, raz się go opowiada źle, a teraz na przykład lawinę, to mi się źle opowiada. W sam raz może dlatego, że ja mam bardzo precyzyjnie, bardzo… konsekwentnie napisaną, przemyślaną w książce. I z tego powodu tymi samymi słowami nie chcę opowiadać, a innymi nie pasuje. Nie pasuje mi, nie że mam stres jakiś ten, tylko narracyjnie wiem, że to źle nie… nie będzie się do niczego nadawało, więc odpuszczam to. To może spróbujemy o Lhotse? Możemy o Lhotse. Lhotse to w ogóle… Lhotse, no to jest osobny rozdział. Jeden z kolei najtragiczniejszych i najtrudniejszych dla mnie. Dla mnie jeżeli chodzi o wspomnienia. Bo taka to była wyprawa, no tak od początku źle się układała, od początku źle. Zaczęło się od tego, że był ten wypadek, gdy zginęło tych pięciu chłopaków na Evereście. I to już był jakiś zły omen. Wcześniej były wypadki na K2 i tak dalej, to się nazbierało tego dość dużo i jakoś tak dookoła nas chodziło, ale póki co było, że zawsze wracałem szczęśliwy, że z każdego wyjazdu, z którego wracałem, wracamy wszyscy. I dopiero ta Annapurna pierwsza się pojawiła taka, zgryz że ten biedny Ramiro nie wrócił. No i mieliśmy jechać na Kangchenjungę generalnie taki był plan. No ale Messner nie wszedł na Lhotse, no i się zrobił potężne naciski na Jurka, zeby iść na Lhotse i pokazać już Messnerowi, kto jest lepszy. I w zasadzie… Ja wyjechałem pierwszy do Trento na festiwal filmowy. Bo wtedy wszyscy tam jeździliśmy, ta cała nasza grupa, taka czołówka, to jeździła tam na ten festiwal. A Jurek dopiero dojeżdżał później, parę dni później, ale ja już i tak wiedziałem, jak przyjedzie, że już będzie decyzja podjęta, że jedziemy na Lhotse i nie ma gadki do… żadnej innej możliwej do rozmawiania. Byłem przekonany, że tak będzie, no i faktycznie Jurek wszedł do pokoju „To co, robimy?”. Ja mówię „Co? Lhotse?”, „No Lhotse”. No to co było mówić? Podejrzewałem. Z kolei już wiedziałem, że parę dni potem wiedzieliśmy już, że ani Artur, ani nie Janusz, nikt z tych do tej pory żeśmy jeździli, nie chce pojechać. Ani Krzysiek Wielicki, który był zresztą w Trento, od razu powiedział, że jego góry wysokie nie interesują na dzień dzisiejszy. Na jakiś czas, że on chce trawę kosić przed ogródkiem, przed domem a nie, a nie jechać w góry wysokie. No i tak rozmawiamy z Jurkiem, no to co, jak robimy to.. no dobra robimy. No i tu się zaczęła gonitwa, bo czasu było mało. Duże pieniądze tym razem do zebrania na szybko. Ale już ta pozycja Jurka była na tyle mocna i poza tym pojawili się ludzie z Zachodu, którzy byli zainteresowani współpracą z Jurkiem, tak jak chociażby Juliusz Komarnicki, który chciał książki wydawać, Jean Rezzonico, który chciał filmy robić z Jurkiem. No więc pojawiło się parę tych osób i które miały też możliwość załatwienia jakichś funduszy dodatkowych na te wyjazdy. Więc nie obawialiśmy się o to, że nam pieniędzy braknie, tylko trzeba było zebrać zespół. No i ten zespół, no to takie było dobieranie tych, których znamy i to ten dzwonili, Jurek dzwonił, ja dzwoniłem. To do tego, to do tego się pytało kto by pojechał. Ten nie chce, ten nie może, ten może by pojechał, a tego nie chcemy wziąć i tak dalej, i tak dalej. No i taki bardzo przypadkowy w sumie zespół został zebrany. I to wszystko jeszcze było tak robione, że w efekcie oni byli gdzieś tam z całej Polski i wszystko było na naszych barkach, moich i Jurka… Jurka i moich. Tak powinienem powiedzieć. Ale Jurek był od tego, żeby załatwiać sprawy finansowe, a ja całą resztę, czyli mieliśmy raptem półtora miesiąca i w te półtora miesiąca trzeba było dużą wyprawę zorganizować, z ogromną ilością sprzętu i zapleczem i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. No ale jak już to wspominałem, to wykorzystując umiejętność dyskutowania z politykami. I wykorzystywania ich pomocy i tak dalej, i tak dalej, udało nam się to wszystko w miarę załatwić, ale do ostatniej chwili jeszcze, będąc na wyjeździe jeszcze, mieliśmy lekkie kłopoty finansowe, no ale jakoś to się toczyła ta wyprawa. Jak chodzi organizacyjnie nawet przeszła zadziwiająco sprawnie. To, jak się zaczęła wyprawa, to nagle się okazało że parę osób jest… fajnych, parę osób jest kiepskich, no ale to już nie był, to nie były te zespoły, które mieliśmy do tej pory, że to była taka wyprawa no zbieranina trochę, więc no wiadomo, że takie nie najlepiej wychodzą, jeżeli się nie ma takiego trzonu zdrowego. To była też pierwsza wyprawa, na której ani razu do ręki kamery nie wziąłem od długiego czasu, bo były dwie ekipy filmowe, bo była [?] Telewizji Polskiej była ekipa filmowa. I druga ekipa z Fulvio Mariani ze Szwajcarii, którą to Jean Rezzonico przysłał. Fulvio na początek wydawało się, oglądaliśmy jego film… Z Cherro Torre… który był imponujący, fantastyczny film, który robił na nas ogromne wrażenie i byliśmy pod tym wrażeniem, ja mówię „No to genialny facet będzie”, ten. No faktycznie ten film zrobił ładny, ale… jako człowiek okazał się okropny. Okropny. Cały czas z nim kłopoty, do wszystkiego się przyczepiał, wszystko mu nie pasowało, nerwus, raptus. Wyjątkowo przykry. A wydawało się, że jak pierwszy raz, przy pierwszym spotkaniu, że to gość do rany przyłóż. Powiem, że to było dla mnie jedno z największych zaskoczeń jakie w życiu mnie… bo zazwyczaj rozpoznaje się ludzi po jednym spojrzeniu, po, po dwóch minutach wiesz o nim wszystko. W jego wypadku totalnie mnie zaskoczyło. Byłem przekonany, że będzie fajny koleś, a wyszedł kawał łobuza wstrętnego i do tej pory uważam tak, że to był jeden z największych łobuzów, zresztą dokumenty, które mam do tej pory zachowane z tej wyprawy, które zresztą przekażę jak skończę pisać książkę do fundacji, no to czarno na białym jeszcze jest na nich, że, że to był przykry człowiek. Dużo nerwów nami i krwi napsuł tutaj na tym wyjeździe. No i tak się… pozostali ludzie też, to byli tacy sobie no, no nie nie, nie, nie szło, nie kleiło się to cały czas. Ta wyprawa… Ja do tego na początku, powiedzmy sobie szczerze, raz byłem lekko zestresowany ścianą, widząc ją, no ale spokojnie bym działał tak samo jak i wszyscy inni, ale na samym początku przytrafiło mi się, że poleciałem z parapentem, zwinął mi się parapent, którym leciałem i mało się nie roztrzaskałem, ledwo się wyhamowałem, w ostatniej chwili dostałem na tyle powietrza, że wyhamowałem, ale tak rąbnąłem, że sobie… żebra mi popękały, no i byłem przez jakiś czas wyłączony z akcji. Potem jeszcze ząb mnie zaczął boleć, w międzyczasie Fulvio zepsuł kamerę Trzeba było kamerę zwieźć na dół, no więc z żoną Fulvia Marianiego zeszliśmy na dół do... Najpierw do, do, do do Lukli, skąd mieliśmy polecieć do Katmandu, a tego dnia zaczęły się opady deszczu i trwały tydzień. Tydzień siedzieliśmy w Lukli, czekając na to, mogły samoloty zacząć lądować, bo wtedy jeszcze lotnisko było trawiaste w ogóle, więc kłopot był zdecydowanie większy niż obecnie jest. No i dotarliśmy tam do w końcu do Katmandu, znowuż przygody, bo w żonie Fulvia zakochał się kierownik lotniska i nie chciał jej wypuścić i było jedno albo ja polecę, albo nikt nie poleci, więc musiałem polecieć z kamerą, żeby nadać i przygotować do odbioru nową kamerę. Fulvio dostał… jak się dowiedział, że ja poleciałam, ona nie poleciała, to dostał znowuż cholery. Zwinął się z bazy nagle, spakował się, zjechał na dół… Przygód była cała masa przykrych z nim, a już nie chcę do nich nawet wspominać, bo tu nie ma, nie ma, nie ma szkoda strzępić język o nim. No ale tak ta wyprawa… układ… wyglądała, że nie kleiła się od początku. I w sam raz, muszę powiedzieć, że jak przyszło do tego ostatniego ataku, który Jurek zdecydował się, że będzie… będzie szedł do góry, że już na szczyt, że atak szczytowy przeprowadzi, zrobiła się ładna pogoda. Jeszcze tak w przeddzień wyjścia, jeszcze tak przyszedł do mnie do namiot, mówi „Kurde tak się zastanawiam, czy by czasami nie pójść lewą stroną, nie drogą, co żeśmy cały czas szli, tylko lewą stroną. Całkiem omijając te żleby po tej prawej stronie, tylko żeby ten… żeby na inną trasę… drogę wytyczyć”, którą potem tam nie kłamał, że zrobił Česen, no a potem Rosjanie przeszli. Ja kurde mówię, ja już jestem, ja mówię już „Wiesz co, no z jednej strony tak, ale tutaj masz do siedmiu i pół tysiąca, ale pod osiem tysięcy do siedmiu i pół tysiąca przeszło cała droga jest zrobiona, zaporęczowana, no więc nie wiem, czy to ma sens we dwójkę tak pakować się na nowe, bo, bo tym gorsza szansa na przejście”. I tak optowałem, szczerze mówiąc optowałem, przyznam się optowałem, żeby jednak pójść starą drogą. Jurek… jeszcze tam powiedzmy wcześniej też mi tak trochę narzekał, że miał kłopoty trochę z Ryśkiem, bo cały czas musiał Jurek prowadzić. I to go… Rysiek z nim wszędzie poszedł, ale, ale do prowadzenia nie był za skory Tam go mówi Jurek, mi wspominał, że tam parę razy go pogonił tam w ogóle, że… żeby teraz on poprowadził trochę. No ale to już nie… to się powiedzmy nie tak do końca kleiło. No ale wyszli drogą jakoś tak, jak wyszli ten, to jakoś tak dziwny spokój... opanował mnie, że takie absolutne poczucie, że wszystko idzie tak normalnie, że będzie wszystko cacy. I tak minął pierwszy… na trzeci dzień nie mogliśmy złapać kontaktu radiotelefonem, ale to normalne było, że baterie siadają w tych radiotelefonach, więc mogła bateria siąść i mogli nie złapać tego kontaktu. Potem kolejnego dnia… W nocy się obudziłem z taki… przerażony z takim snem, że śniło mi się że Jurek zginął i ja pakuję jego rzeczy. I to tak, tak, że tak mi się to…Realistycznie śniło, rozbudziłem się i leżałem, nie, nie umiałem wyjść z tego snu cały czas. Mówię coś tam po chwili mówię „Nic się nie wydarzyło i wszystko jest w porządku”. I… Jeszcze, jeszcze była noc ciemna, czekałem tak do świtu, już nie zasnąłem. No to niedługo już tak z godzinkę niecałą czekałem, zrobiło się jasno, wziąłem lornetkę, zacząłem lustrować ścianę i po pewnym czasie wypatrzyłem sylwetkę jedną schodzącą. W zasadzie byłem przekonany, co się stało. Pobudziłem resztę, wzięliśmy radio… przez radiotelefony… tam był zespół… w obozie czwartym chyba Przemek Piasecki i chyba Pawlikowski, już nie pamiętam, kto tam, no mniejsza z tym, kto tam były wie osoby w każdym razie w tym obozie, i mówię, że ktoś tam schodzi… do góry, że trzeba mu wyjść na pomoc. Więc oni wyszli, idą w kierunku już widzieliśmy z dołu, obserwując przez lornetki, widzieliśmy, że idą i do góry i że niedługo się spotkają, no i w sumie ja tak... Już nie było co w obozie robić, też nie umiałem tego psychicznie za łatwo, za lekko znieść i tak poszedłem sobie gdzieś tam wyżej nad bazę, siadłem na ten i tak… Czułem się w roli tak jak gdyby… No może Boga to przesadzam, ale kogoś, kto mógł zdecydować o życiu i śmierci jednego i drugiego. Jeden… przyjacielem, drugim moim kolegą, jeden chce żeby żył, drugi chce żeby żył i tak ważysz to wszystko cały czas, serce się łamie, bo wiesz, że na pewno zginął. I mało tego wiedziałem, że to… podświadomie wiedziałem, że to Jurek był, szczególnie jak mi opowiadał, że większość czasu prowadził, no więc automatycznie narzucało się, że to musiał być Jurek. Jak już byli niedaleko, no to zszedłem na dół. Za chwilę się połączyli i powiedzieli, że Rysiek zszedł, jest cały. No i było już wszystko wiadomo. No i potem akcja, żeby Ryśka sprowadzić jeszcze na dół, no i zwinąć obóz i to wszystko. I cały koniec, cała historia. Niestety smutna i tragiczna, bo w sumie tak dłuższy okres czasu wszystko było tak… żarło wszystko, było fajnie i nagle… Jeden źle postawiony krok, jeden zły chwyt i sen się urwał. To może tak trochę zmieniając temat, ta wyprawa jest trochę takim dobrym przykładem tego że… Co? Coraz częściej… Ta wyprawa jest przykładem tego, że himalaizm często zaczął pojawiać się też w mediach, w opinii publicznej. Czy możesz mi powiedzieć jak to wyglądało też na przykład w latach siedemdziesiątych na początku osiemdziesiątych czy to zainteresowanie tematem rosło z czasem? Powiedzmy sobie szczerze, do momentu rozpoczęcia tego wyścigu z Messnerem, wykreowanego wyścigu z Messnerem, zainteresowanie w Polsce himalaizmem, alpinizmem było… takie powiedzmy bardzo umiarkowane, wręcz znikome. Tam trochę szumu narobiła wyprawa na Everest, to się zrobiło trochę szumu koło tego. No ale nie, nie, nie był to jakiś taki… nie było to zjawisko tak masowe jak się stało… i popularne, jak się stało w momencie rozpoczęcia tego wyścigu z Messnerem. W tym momencie prasa jak gdyby lekko zwariowała i zaczęły się te naciski, wywiady, ilość rozmów przeprowadzanych, kontaktów, zapytań… zdecydowanie, zdecydowanie więcej niż było do tej pory. I to… Też propozycje co powinniśmy robić, dobre rady i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Co odbiło się właśnie w efekcie… chociaż z drugiej strony w wypadku Lhotse, to sądzę że nawet jakby ani jeden dziennikarz ani słowa nie powiedział, to i tak Jurek by podjął decyzję, że to jest ta wyprawa, a nie inna, i tak by podjął decyzję nie czarujmy się. Ja też bym, szczerze mówiąc, z jednej strony nie chciałem, bo wiedziałem, jaka to ciężka wyprawa jest, ale z drugiej strony wiedziałem, że jak już to pójdziemy na Lhotse, a nie na żadną inną górę. Niezależnie od tego, jakiego szumu mu by nie robiła prasa pozytywnego, negatywnego, a ponieważ był już do tego pozytywny, no to dodatkowo nas mobilizowało. Był to lekki doping. To ten, ten… Szczyt polskiego himalaizmu, to jakby zwolnił po tych wydarzeniach? No powiedzmy sobie szczerze, poniekąd, poniekąd… znaczy nie poniekąd. Prawda jest taka, że my Polacy zyskaliśmy w środowisku alpinistycznym, himalajskim, na całym świecie zyskaliśmy miano… opinię straceńców. Którzy czy jest dobrze, czy jest źle prą do przodu. Czy się zabije, czy nie zabije, to nie gra roli i się idzie i cześć. I ta opinia bardzo mocno się odbiła je… I poniekąd, no trzeba to powiedzieć, że trochę w tym racji jest, no nie da się ukryć bo... Niestety trochę śmierci było prawie że na życzenie no i musimy się z tym pogodzić. Chcemy czy nie chcemy. Spowodowało to też raz, że z jednej strony… po tych śmierciach troszeczkę zainteresowanie, pozytywne zainteresowanie, jak gdyby padło, bo ciągle było zainteresowanie, bo każda tragedia budzi zainteresowanie, natomiast, natomiast oprócz tego pojawiło się coś takiego, jak luka personalna. Mnóstwo ludzi, którzy doskonale się wspinała poginęła. Poginęła i tak… i to jak, jak popatrzę nieraz, jak wezmę sobie tak jeszcze stary notatnik z adresami i patrzę: ten zginął, ten zginął, ten zginął. Każdą stronę, gdzie obrócę ktoś tam w górach został. I tych ludzi naginęło trochę, to też przetrzebiło grupę, a część doszła już do wniosku, że jednak chce przeżyć. I to, to na pewno miało znaczenie. Nie da się ukryć tego, że to miało duże znaczenie, że jednak spowolniły te akcje na jakiś czas. No powoli się odbudowuje, ale teraz to się… znowuż to jest inny himalaizm. Teraz to, niż to co było. Teraz w chwili obecnej wejście na ośmiotysięcznik, to jest wycieczka, a nie, a nie, nie ten… nie wyprawa, znaczy nie czarujmy się. To jest zupełnie inne ten… raz że jest, lodowce mniejsze, więcej się po kamieniu idzie, płytsze śniegi, cieplej jest. Wszystko odgrywa jakąś tam rolę. A oprócz tego lepszy sprzęt, a mało tego psychiczna znajomość, że da się wytrzymać, da się przeżyć ten, to też robi dużo, bo przedtem jak się szło, to się mówi… ta strefa śmierci. Jaka strefa śmierci? Żadnej strefy śmierci już nie ma. Była. Nie ma. Osiem tysięcy nie jest żaden strefą śmierci, można tam i tydzień, i dwa tygodnie przesiedzieć i przeżywają ludzie. Także to nie jest ta strefa więc, więc już chociażby to jest inne w podejściu… Sprzęt, który jest lżejszy, no znowuż lżejszy niż był. Korzystanie z suplementów, które bardzo pomaga. Jednak aklimatyzację przyspiesza i to też daje… ja nie mówię o dopingu, ale o zwykłych suplementach typu właśnie witamina E witamina D i tak dalej, i tak dalej. Witamina K… Które wspomagają szybszą aklimatyzację, więc to, to wszystko pomaga, żeby osiągać lepsze rezultaty, a poza tym no tak jak wszystko. Każda dziedzina sportu się rozwija. Kiedyś ludzie biegali setkę w piętnaście sekund, teraz biegają poniżej dziesiątki. Tak samo i tu w górach, to samo się wydaje dzieje i wszędzie. Jest to inne wspinanie już teraz. Teraz Bargiel idzie z nartami idzie i przechodzi koło tych, mija tych ludzi, którzy, tak którzy robią wyczyn, wchodząc do góry, a on idzie tam tylko jako podejście, bo on by dopiero będzie na nartach stamtąd zjeżdżać. Dla niego to jest dopiero… tam się zaczyna wyczyn, kolejny stopień przełamany. Także idzie to do przodu, niedokładnie tak, jakbyśmy sobie wyobrażali kiedyś, ale idzie. Bardzo idzie do przodu. W ogóle to zainteresowanie też himalaizmem tak jakby powraca. No i właśnie to też... Trzeba przyznać, że to zainteresowanie górami wysokimi, Himalajami, nowymi sposobami wejść rośnie w społeczeństwie zdecydowanie w stosunku do…. jak się ten… kolejna fala nadchodzi. No ale też i kolejne tragedie, które dopiero co były te… nadeszły. Także no to z takim… faluje to to, ale ciągle jest, mamy jakąś tam pozycję w tej, w tym środowisku, biorąc pod uwagę cały świat.  Zapisałem sobie jeszcze jedno pytanie kompletnie z innej beczki. Śmiało. Bo byłeś jurorem na festiwalach filmowych. Tak. Chciałbym zapytać jak twoim zdaniem zmienił się też… zmieniły się filmy dokumentalne czy w ogóle filmy górskie w związku z tym co pamiętasz z lat na przykład osiemdziesiątych a dzisiaj? Czy może jakiś ci utkwił w pamięci? Tak, tak, już, już. Festiwale. No festiwale to jest… No jest to zagadnienie ciekawe, w ogóle fajny temat i dużo by można o tym mówić, bo pamiętam naszą fascynację, jak pierwszy raz wyjechaliśmy na festiwal do Trento w osiemdziesiątym szóstym roku. Wtedy Jurek już zaczął być sławny, przyjeżdżałem, to było fantastyczne wydarzenie. Jedziemy maluchami. W jednym siedzi Jurek z Celiną, w drugim siedzę ja z Arturem. No i jedziemy. I najpierw jedziemy, wyjechaliśmy do Czech, jeszcze Czechosłowacji, przez te słynne kopce czeskie zaraz za Ostrawą. No i tam też takie podjazdy i zjazdy, takie prosta trasa jest… Dwa kilometry do górki, dwa kilometry z górki, dwa kilometry do górki mniej więcej tak to wygląda. I prosta droga. No więc ja miałam takiego dość, dość dobrego malucha i ten maluch rozwijał… No jak się zjeżdżało z górki, to rozwijał szybkość, że jechał… licznik mu zamykał, opierał się o… Strzałka opierała mu się na blokadzie, ale z drugiej strony, także sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt rozwijał z tej górki. No i Jurek zostawał z tyłu. No i go to mocno denerwowało, no więc no Jurek napaleniec na prowadzenie nie… nie… nieprawdopodobny. Ja już cały czas jadę z Arturem i się zaśmiewamy, mówimy w pewnym momencie „Dobra zaczekam, niech dojedzie”. Dojechał, ja znowuż szybciej ten na dół i mi zaraz zostaje i tam… i mówię tak… już tam słyszałem mu Celina „Jurek! Zostaw go w spokoju! Przestań tak jechać! Niech się te Warecki wariat zabija, ty masz jechać”. Arturowi opowiadam, co tam się dzieje. Śmiejemy się, no i tak dojechaliśmy do stacji benzynowej, ostatniej w Czechosłowacji, że… żeby przed Austrią zatankować. Jurek dojeżdża, wysiadamy nie. Jurek taką minę dość kwaśnawą miał. Ja mówię „Co to troszkę się nasłuchałeś?”, no i już mu to nadaje… nadawanie „Jurek! Bo zabije się! Niech się ten Warecki sobie…”. „Przestań! Już dość!”. Więc już jechaliśmy spokojnie w miarę. Ale przecież to jest… dygresja… Przyjeżdżamy do Katmandu... do Trento przyjeżdżamy, do Trento, a tam na słupach wita nas Jurek. Kolorowe jego zdjęcie, bo miesięcznik Alp nowy wydał ten… egzemplarz i wszędzie reklama, bo jeszcze do tego festiwal filmów i jego zdjęcie na okładce. Jurek nas wita w Trento. No to było strasznie miłe wtedy. Jurek stanął pod tym, zrobiliśmy zdjęcie, ale gdzieś je dałem Jurkowi, nie wiem, czy gdzieś jest. Znaleźliście to zdjęcie w archiwum? Musiałbym sprawdzić… coś kojarzę z zdjęć z Trento, ale nie wiem, czy to jest to konkretne. No zdjęcia z Trento, to są, to różne są, jak tam Jurek oko puszcza, czy ten, no to tam to robiłem, no to, to, to jest. Ale właśnie tego nie… Wiem, że robiłem takie zdjęcie, żeśmy się kiedyś ustawili i ten ustawił pod tym słupem, takim ogłoszeniowym, okrągłym i tam było właśnie, to zdjęcie jego z Alpa zrobione i on tam stoi koło tego, ale ja też nie mam tego zdjęcia. Nie umie… nie umie… nie umiem tego zdjęcia znaleźć. Nie wiem, co się… dużo zdjęć poginęło. Dużo zdjęć nie wyszło. Tak że, to tam, tak jak, to tam bywa. No ale w każdym razie, to już było ten… i w tym jak zaczęliśmy oglądać te filmy wszystkie… górskie, do których nie mieliśmy dostępu, nie mieliśmy jak je oglądać. Żeśmy z Arturem byli oszołomieni… Cumbre pamiętam. No tych parę takich dobrych, naprawdę dobrych filmów tam było. I mówimy „My musimy też kręcić firmy górskie, ale to będzie sama wspinaczka, same mięso tylko. Żadnego gadania, żadnych gadających talking heads'ów, tylko czysty, czysty ten… czyste już wspinanie”. No i też żeśmy tak się postanowili ostro. Potem najbardziej to wyżyliśmy się faktycznie z Arturem przy filmach robionych kamerą wideo już, bo wtedy te programy robiliśmy które, szły w najlepszej porze oglądalności, jaka była możliwa w Polsce, czyli przed dziennikiem telewizyjnym, a były tylko dwa programy. No więc była dobranocka, potem… nie, była… sorry, był magazyn Góry, dwadzieścia minut, potem była dobranocka i potem Dziennik Telewizyjny, więc wszyscy oglądali te programy i to żeśmy trochę fajnego materiału nakręcili wtedy z Arturem. Elka Piętakowa to… w tym… wsadziła w ten… przepchała tym miesięcznikiem Góry. Powolutku, że to się dopchało i ten magazyn Góry i to jakoś tam szło przez jakiś okres czasu w telewizji. No ale myśmy mieli też swoją robotę, bo myśmy, jeden i drugi studiował, wyprawy, to wszystko, no więc to było dla nas okazjonalna robota, którą robiliśmy w wolnych chwilach, a nie zawodowa robota. Tak że potem brakowało nam już czasu do tego. Ale to był… dużo dobrego żeśmy wtedy zrobili. Zresztą te materiały one krążą cały czas po sieci. Nawet ostatnio teraz, parę dni temu. Jakiś ja wiem? Miesiąc? Zadzwonił do mnie ktoś z festiwalu, którego organizowali gdzieś we Wrocławiu, albo gdzieś nie pamiętam. Tych festiwali górskich jest coraz więcej niż, kurde, niż... Ja wiem czego? Niż targowisk na miasteczkach. Co miasteczko, to jakiś festiwal filmów górskich organizuje. To w Ustrzykach, to tu, to tam, to tam. W zasadzie wszędzie jakieś tam… albo przegląd albo festiwal. Ale w każdym razie zadzwonili gdzieś tam, chyba z Wrocławia i mówią „Czy możemy ten pana film pod tytułem Free Climbing, który był tam w ten, właśnie taki nakręciliśmy z Arturem, bo to jest fantastyczny film. Tam chcieliśmy go puścić, a czy masz pan lepszą kopię?”. No nie mam, no nie mam lepszej kopii, bo to było na takich materiałach niestety robione, które z czasem tracą pamięć i już teraz to ledwo, ledwo to widać, co tam się dzieje. No, ale było. Ale, ale się podobało. To to były fajne rzeczy, które żeśmy wtedy robili. Robiliśmy na wskroś nowocześnie, nawet nie zdając sobie do końca sprawy, że na tyle nowocześnie. I jednocześnie staraliśmy się robić tak, żeby robić materiał cały gotowy, taki że można go longiem puścić. Że robiliśmy montaż przy kręceniu tych, tych, tych. Ale potem dzięki temu właśnie, że dotarliśmy do Elki Piętakowej i tam dostaliśmy się dzięki temu na stół montażowy, no to z montażystą razem już to skleciliśmy tak, żeby to miało właściwą dynamikę, ale robota była stosunkowo łatwa, bo był taki wstępny montaż już zrobiony tego, bo tak żeśmy to przemyślane i przemyślanie kręcili dosyć. I to to było… właściwie od, od momentu pojawienia się kamery elektronicznej, to nastąpił przewrót w ogóle w filmie górskim. No bo w tym momencie, w chwili obecnej, jak teraz wepnę sobie do kasku jedną kamerę, drugą se przepnę do ręki, czy gdzieś, mogę iść i mogę osiem godzin filmować wszystko co się dzieje. Ta kamera pomieści to wszystko i kurde i ma na tyle mocne baterie, że to wszystko sfilmuje, więc teraz tylko stoi człowiek przed tak zwanym „problemem dobrobytu”, bo z tego wszystkiego jest tyle tego, że nagle nie wiadomo co wybrać. No jest to też taki, taki, taki problem. Natomiast sama, powiedzmy samo bycie w jury, no to jest wydarzenie też fajne, bo nagle przez tydzień, co prawda myśmy, jeżdżąc na te festiwale, to właściwie kołkiem żeśmy siedzieli na pokazach. Jak się zaczynało o dziewiątej rano, kończyły się o dwudziestej drugiej, to myśmy na całych tych pokazach siedzieli od A do Z. Oglądali wszystko, wszystko, co leci. Nie… niektóre były wersje były tylko włoskie, francuskie. I nawet żeśmy nie rozumieli językowo tego i nie nie wszystkie były filmy iście górskie, wspinaczkowe, bo były filmy tam o jakimś snycerzu, który tam jakieś rzeźby robił w drzewie, gdzieś tam w górach. O jakimś tam kanale, który budowano, czy tam jakąś zaporę budowano. No różne, przeróżne te filmy się trafiają, no przez tydzień pokazywanie od rana do wieczora filmów, to muszą być różne rzeczy się wydarzyć. A super interesujące było, gdy byłem, zostałem jurorem w tym na festiwalu w Trento, bo w tym momencie, to było takie zetknięcie się dodatkowo jeszcze z możliwością decydowania, co jest lepsze, co jest gorsze. Dyskutowania o tym filmie. Ja jeszcze wziąłem sobie ze sobą… jak byłem tym, to wziąłem sobie… ze sobą żonę tylko wziąłem… narzeczonego czyli Wacka Świeżyńskiego, to jest redaktora z tygodnika Film, który pasjonował się filmem górskim. No i robił tam za moją żonę, ale skurczybyki nie chcieli go dopuścić. Nawalczyłem się. Nie chcieli pozwolić żeby był razem ze mną i oglądał filmy. Ja mówię „On mi tylko będzie, ten…”. „Nie, bo to musisz sam wtedy…”, no. Więc musiał tylko od czasu do czasu, jak nie było tam tego dyrektora festiwalu, to mu wtedy tam wleźć bokami, po cichu i oglądać z nami razem, z tym całym jury te filmy a tak, no to go wyganiał. No ale mniejsza z tym. W każdym razie… To było duże przeżycie, bo oglądaliśmy ileś tam filmów, potem robiliśmy taką preselekcję, żeśmy dyskutowali na temat tych filmów, co się podoba, co się nie podoba. W sumie potem w podejmowaniu już ostatecznych decyzji, też tak, człowiek ma swoje faworyty. Oni mają swoje. I teraz wyważenie, które lepsze, czy ten i do końca nie jesteś przekonany, że ten, albo na przykład wiesz, że jest… tak było w naszym wypadku, były dwa filmy, o bardzo zbliżonej tematyce. Jeden to był film o Reni... Czekaj… Risenstall? [chodzi o Leni Riefenstahl] Jezu, wyszło mi nazwisko. O kurde… Risenstall. Która była głównym… propagandystką Hitlera i wszystkie te najciekawsze filmy propagandowe Hitlera, które były kręcone, to ona kręciła. Była ulubienicą Hitlera. I do końca życia się nie wyparła zresztą Hitlera, a dożyła dziewięćdziesięciu jeden lat. I potem się zajęła filmem, w ogóle, filmem jak po wojnie… najpierw tam dość dużo się wycierpiała, z tego powodu że się nie chciała wyrzec… tego. Powiedziała: „Jak byłam nazistką, to nie będę mówiła, że nie byłam i że się wypieram”. Była bardzo skon… zdecydowana. Uwielbiała piękne… piękno ciała, ten. Dlatego też jej te filmy były takie, bo filmy były nieprawdopodobne, bo te wszystkie ujęcia… nawet typy, nawet w ogóle, nawet typ filmowania, ujęcia kamer, których w ogóle nikt nie robił jeszcze do tej pory. Bardzo mądra kobieta. I potem zajęła się, że zaczęła filmować jak pojechała do Afryki, zakochała się w ogóle w plemionach Masajów. No i ich tam na wszelkie sposoby filmowała, no i jeszcze do tego wieku osiemdziesięciu paru lat zaczęła nurkować i filmy podwodne zaczęła kręcić. Przeciekawa postać. A z drugiej strony… i to był jeden film, i drugi był film równie ciekawy na temat, jakiejś tam rodziny, na temat w ogóle historii Tyrolu. Czyli wojny cały czas, no bo Tyrol jest generalnie niemiecki, część Tyrolu jest włoska. Ale tam żyją wszyscy, którzy mówią po niemiecku, nie mówią w ogóle po włosku, nie chcą mówić po włosku. I te okresy wojny Drugiej Wojny, Pierwszej Wojny Światowej, okresy napoleońskie… I ten, na temat tego filmu już Austriacy nakręcili film Lutz Maurer pamiętam reżyserem tego filmu był. I też bardzo ciekawy, i ten, ale był tak podobnej tematyce, i ten film Leni przebijał jednak swoją wagą i on wygrał, a tamten został w ogóle, nawet żadnej… gdyby nie było tego filmu, to on by wygrał festiwal. A tak to przez to nie dostał nawet żadnej nagrody, no bo dwie nagrody równorzędne lub bliskie siebie, o dokładnie tej samej tematyce, nie wypadało jako jurorom dać. I w tym momencie ten film przegrał. I do tej pory nieraz bym, tak mówię, żal mi tego filmu, że tak się pechowo ułożyło, no ale takie jest życie no. Co tu zrobić. Mój film też, który Anna P, który mógł dostać Grand Prix na festiwalu w Budapeszcie, tylko z tego powodu, że przewodniczący jury był właśnie dyrektor tego festiwalu w Trento, który nie przepadał za mną bardzo, to nie dostał, bo całe jury było za tym, żeby dać temu filmowi Grand Prix, on powiedział, że nie, bo to jest nie i koniec pytań i inny film dostał. I tam właśnie bo byli… mnie tam nie było na tym festiwalu, ale tam byli ze Sport Filmu byli przedstawiciele i tam się od jurorów dowiedzieli potem, że w zasadzie wszyscy byli za tym filmem, żeby wygrał, a w sumie żadnej nagrody nie dostał. No a takie życie. Tak to już wygląda w ten… Ale już jak popatrzymy, no to wszystko, czy w szkole, czy gdzieś, to zawsze jak masz, znalazłeś się w tej szczęśliwej połówce, to ci się udało i idziesz do przodu, jak nie, no to odpadasz z gry. No tak to jest takie życie. A czy dzisiaj dalej śledzisz filmy związane z górami? Średnio. Znaczy… powiedzmy sobie szczerze, jeszcze tam pod koniec, jak te ostatnie filmy kręciłem, to Wacek Świerzyński wielokrotnie do mnie pisał mówi „Weź, idzie ci coraz lepiej, weź się zajmij tymi filmami górskimi mocniej zdecydowanie”. Ale w tym momencie pojawił się już ten biznes i zaczął nas wciągać. I trzeba było odłożyć kamerę, to wszystko i zapomnieć o tym. Bo pogodzić się nie da, no a z drugiej strony nie uważam i nie uważałem się, że na tyle zdolnego, żeby być kreatorem w filmie górskim i w związku z czym powiedziałem sobie, że no trzeba powiedzieć sorry ale… mistrzem kierownicy, to ja nie będę żadnym nowym tutaj, tym nie. Nic ciekawego nie zrobię w filmie górskim takiego, żebym mógł błysnąć więc, tak naprawdę błysnąć, więc nie było po co to robić, no. Czy lubisz wracać do swoich filmów dzisiaj? Oglądasz je? Nie, w ogóle ich nie oglądam. Przyznam się szczerze, że… ostatnio dopiero po raz pierwszy od długiego czasu... Gdzieś wylądowałem zaraz, gdzie to… gdzieś mnie przymusili, żeby wystąpić. O! To wyście mnie przymusili i żeby film pokazać. Anna P. Zdarzyło mi się po wielu, wielu latach, że pokazałem swój film Annę P. I siedziałem tak i ja, prawie że zapomniałem, bo tak już dawno, znaczy dokładnie wiedziałem, że scenariusz i wszystko co tam było, ale nie pamiętałem wszystkich ujęć i ten, i nagle patrzę, oglądam ten film… „Kurczę, jakie to ładne ujęcia…”, i taki… że to mówię „Zaraz, ale to ja robiłem!”. A się sam zdziwiłem, że trochę tam fajnego materiału w tym filmie było. Ale tak generalnie to nie, to w ogóle nie oglądam, gdzieś tam leżał na półkach zakurzone i teraz wróciłem do zdjęć i trochę do filmu, no bo piszę książkę na stare lata, żeby coś po mnie zostało, no i z tego powodu zostałem jak gdyby zobligowany do tego, żeby, żeby przeglądnąć te materiały porządnie, od najstarszych do ostatnich zdjęć i to wszystko wałkuję i te filmy i to oglądam, więc wróciłem o tyle do tego. I powiedzmy, szczerze mówiąc, jestem na swój sposób zadowolony z tego pisania tej książki, bo wróciły jakieś takie nastroje w ogóle… Klimaty właśnie tamtych czasów. Jakieś tak znowuż mi stały się dużo bliższe, niż przez te ostatnie lata, gdy właściwie wywietrzały mi z głowy, a teraz tak nieraz się budzę tak rano i tak się czuję, jakby to było, jakbym był jeszcze w tamtych czasach. Rzadko bo rzadko, ale zdarza mi się takie, takie sny mi się zdarzają i takie, takie pobudki. Bardzo miłe są. Totem przykre rozczarowanie, jak się zobaczy, gdzie się jest naprawdę. A dlaczego zdecydowałaś się pisać książkę? Zdecydowałem się pisać książkę z dwóch powodów. Pierwszy powód był taki, że już miałem coś napisane kiedyś, kiedyś zaraz po wyprawie z Lhotse, bo wszyscy mi zawracali głowę pytali się „opowiedz, jak to było”, a za dużo mi to przykrości sprawiało i nie chciałem za dużo opowiadać. Więc mówię wezmę, napiszę parę takich, te krótkie takie opowiadanie, żeby coś było i chcesz no to przeczytaj sobie i daj mi spokój. I to napisałem, zacząłem tak pisać, zapisać z dziewięć stron napisałem maszynopisu gęstego. No i już nawet potem mi się nie chciało tego dokończyć, zostawiłem to i jak coś tam ten fragment pokazywałem. I na tym kończyłem. Rozmowy o Lhotse. A potem parę lat temu, jak po śmierci Artura nagle… książka o Arturze, zaczęli pisać chłopcy, no i zaczęli mnie prześladować, a tak co jakaś rocznica była, to zawsze, zawsze ktoś wpada i proszę coś tam powiedzieć ten, a ma pan jakieś filmy, a coś tam pokazać. Jak przychodzili i potem taką tandetę, lipę odstawiali, ja już po prostu miałem wszystkich dość, jak w zasadzie z definicji mówiłem „nie i koniec”. No i ci mnie tak bym przez dobre półtora roku napastowali ciągle, a ja ciągle odmawiałem, odmawiałem. W końcu mówię „no dobra niech przyjdą”. No i przyszli. No i spędziliśmy w sumie… no cały wieczór, gdzieś tak pięć, sześć godzin żeśmy siedzieli i omawiali wszystko, co tam chcieli się dowiedzieć, no to ja tam opowiadałem. O czym mówią mi przy wychodzeniu, mówi: „Jak będzie gotowe, to przyślemy do autoryzacji materiał”. Ja mówię: „Piszcie se co chcecie, co mnie to obchodzi? To tam napiszesz i to będzie. To wasza książka nie moja. Ta wasza historia nie moja”. A nie, nie, nie, musi być porządnie. No to dobra, no to zdziwiłem się trochę, ale mówię dobra. No i faktycznie pewnego dnia dostaje telefon, że mają materiał, że przesyłają go tego, że go ten, ja mówię „a na kiedy to ma być?. Oni mówią „no, jutro pojutrze, bo już w zasadzie to…”. Ja mówię „Panowie, ja nie dam rady tak szybko zrobić. Ja w sam raz wyjeżdżam za granicę i parę dni mnie nie będzie, nie wrócę i ten…”. „Nie, to musi…”. Więc odłożyłem wyjazd, odłożyłem wszystko, mówię dobra siądę, bo jak już dostałem te pytania i to było kilkanaście stron, to wiedziałem, że mi to zajmie mnóstwo czasu. Więc musiałem powertować po papierach, po tych... Nasiedziałem się, napisałem się, napisałem, napisałem wyjaśnień wszystkiego, co źle, bo co temat brałem, to po kolei było źle napi… to było inaczej, niż oni tam napisali. Narobiłem się, narobiłem się jak głupi, wysłałem mi to, po paru dniach dopiero pojechałem. Wracam po ten do… wróciłem do kraju, cisza, spokój. Po jakimś miesiącu piszę do nich, mówię zadzwonię, spytam się. Dzwonię do tego… Jezus, jak on się nazywał? Nie Kurczab tylko. D…, D…, D… Ciup memory… Gdzie jest moje memory? Podaj mi ten, kompa podaj mi. Tam jest takie czarne malutki. Jezu, nie potrzebuję nawet… wystarczy mi tylko spis treści. Czekaj. Na pierwszej stronie w spisie treści jest. Dobroch, Dobroch. Mówię zadzwonię do… Mówię zadzwonię do Dobrocha, spytam się go, co tam się dzieje, zadzwonię do niego „A wiesz nie mieliśmy czasu za bardzo, bo to już późno dotarło, tyle to żeśmy tego nie wykorzystali. Wzięliśmy takie jedno opowiadanie jakie tam… Jak tam w sumie Hajzer z matką przyjmowali do pracy nie palące osoby”. A to była taka historia o pisaniu, jak to Hajzer palił jeden od drugiego, jego matka jeden od drugiego i przyjmowali szwaczkę, a ja wcześniej uprzedziłem Artura i mówię tak: „Artur, jak przyjmujemy szwaczki do roboty, to muszą być to osoby niepalące. Bo jak będzie paliła, to będzie szła na cały, co chwilę na papierosa i będzie rozwalała całą produkcję. To nie może być takiej osoby, nie możemy zatrudniać”. „Masz rację, masz rację”. No i przychodziła kobitka, Arturku podaj mi papieroska no… i teraz „A gdzie pani pracowała?”. No tu i tu. Czy pali pani? Nie, nie palę. Dobrze, to możemy panią przyjąć. Tym wiecie, tak wyglądało to przyjmowanie. Albo „Nie, to pani nie możemy przyjąć, bo pani pali papierosy”. Jedno i drugie ćmi, a tam siwo w ogóle w tym pomieszczeniu, bo oni odpa… nieprawdopodobne ilość, oni potem dwie, trzy paczki papierosów potrafili dziennie spalić. I on i matka. No w każdym razie taką his… historię, ona nam się podobała i wzięliśmy do książki. Ja mówię, no to pięknie, to po co ja te siedemnaście stron kurde tam narąbałem tego, tego wszystkiego. I tak zaczęło mi to patrzę po szufladach i tu zahaczam o ten materiał, tu zahaczam o ten i tak mówię „Kurczę ja mam takie już pierwsze trzydzieści stron książki gotowe, to może jeszcze trochę dopiszę”. No i tak siadłem i zacząłem dopisywać. Po czym oczywiście, jak to u każdego wybitnego pisarza, zdarzyła mi się historia dla początkujących. To znaczy, najpierw pisałem wszystko jednym ciurkiem, w jednym pliku, który potem multiplikowałem, bo coś tam chciałem dopisać i to się pomieszałem potem, w końcu mówię, muszę to w końcu zrobić raz porządnie zebrać to wszystko do kupki. Jak to zebrałem do kupki, no to ten zebrany do kupki najlepszy, to wziąłem skasowałem bez pamięci, a zostały mi potem ścinki, które miały zostać wyrzucone, więc musiałem… z tych ponad stu dwudziestu stron zostało mi koło sześćdz… połowa tego materiału mi została. No i musiałem resztę odtwarzać jakoś częściowo. Częściowo wyszła inna, bo to, coraz to inna kłamstewka wypisujemy w książce. No i tak książkę zacząłem pisać, pisać i cztery lata dzięki swojemu samozaparciu męczę, no ale już kończę, już kończę. A jak się nazywa książka? Książka nazywa się Himalajski Poker. Nawiązuje do gry w pokera, którą żeśmy kiedyś tam w bazie rozegrali. Dlaczego ta gra była ważna. Bo była na wysoką stawkę. No tak. A jaka to była stawka, to się czytelnik będzie mógł dowiedzieć dopiero. Się dowiemy z książki. No to może jeszcze tylko zapytam, czy jest coś, o czym chciałbyś opowiedzieć? Tak sam z siebie. Wiesz co? Chybaś tak mnie wydoił, że… jakby nie było dwie godziny ponad. Ponad dwie godziny. No. To chyba wystarczające. To chyba możemy… Te dziesięć minut zbierzecie potem do kupki i będzie fajnie. Brawo! Brawo!
Początki
Początki
Maroko
Maroko
Finanse
Finanse
Hindukusz
Hindukusz
Kukuczka
Kukuczka
Reżyser
Reżyser
Dewizy
Dewizy
Annapurna
Annapurna
Lata 90.
Lata 90.
Tatry
Tatry
Lhotse
Lhotse
Himalaizm
Himalaizm
Juror
Juror
Książka
Książka
0

Społeczność

fb.png fb.png yt.png in.png vimeo

© 2019 Fundacja Wielki Człowiek

Realizacja Ad360